— Naturalnie — odparł mnich.
Ferondo, usłyszawszy te słowa, jął gorzko płakać nad sobą, żoną i synem, mówiąc przy tym różne androny. Później mnich przyniósł mu trochę strawy i wina. Co widząc, Ferondo zawołał:
— Dla Boga! Więc umarli jadają?
— Tak — odrzekł mnich — strawę, którą ci teraz przynoszę, przysłała dzisiejszego ranka do klasztoru twoja dawna żona, prosząc o mszę za twoją duszę. Bóg to jedzenie dla ciebie przeznaczył.
— Niech jej Bóg za to pomyślny rok ześle. Wielki afekt do niej za życia żywiłem, całe noce trzymałem ją krzepko w objęciach, całowałem ją, a takoż i coś więcej z nią czyniłem, kiedy miałem na to ochotę.
Potem, poczuwszy wielki głód, Ferondo rzucił się na strawę i jeść, i pić począł. Nie znalazłszy dobrego smaku w winie, rzekł:
— A skarż ją, Panie Boże, za to, że nie przysłała mnichom wina z beczki stojącej pod murem.
Gdy już Ferondo podjadł sobie niezgorzej, mnich znowu go za kark ułapił i tymi samymi rózgami uczciwą łaźnię mu sprawił. Ferondo, nawrzeszczawszy się do woli, zapytał:
— Za co mnie tak srodze karzesz?
— Czynię to z bożego rozkazu — odparł mnich. — Dwa razy na dzień czeka cię podobne garbowanie skóry.