— Zaliż umarli zmartwychwstają? — spytał Ferondo.
— Tak, jeżeli taka jest wola boska — powiedział mnich.
— Och! — zawołał Ferondo — jeśli kiedykolwiek na świat powrócę, stanę się jak najlepszym mężem; nigdy nie będę bił żony, nie powiem jej nigdy plugawego słówka, chyba tylko w zapłatę za to podłe wino, które mi dzisiaj przysłała. Przeczże jednak zapomniała o świecy? Musiałem jeść po ciemku.
— Żona twoja przysłała ci i świecę — rzekł mnich — jeno świece te wypaliły się przy mszy.
— Wierzę we wszystko, co powiadasz — odparł Ferondo — i dalibóg, jeżeli ją jeszcze kiedyś zobaczę, pozwolę jej czynić, co sama zechce. Powiedz mi jednak, kim jesteś ty, co się tak nade mną znęcasz?
— Jestem także nieboszczykiem — rzekł mnich — urodziłem się na Sardynii; ponieważ za życia często pochwalałem, gdy pan mój był zazdrosny, Bóg taką mi karę naznaczył: mam ci podawać strawę i napój i okładać cię rózgami, póki Bóg o nas obu inaczej nie postanowi.
— Zali nie ma tu nikogo krom549 nas dwóch? — spytał Ferondo.
— Tysiące potępieńców w czyśćcu cierpią — odparł mnich — aliści550 usłyszeć i obaczyć ich nie możesz tak, jak i oni ciebie.
— A czy dalekośmy od naszych stron? — pytał dalej Ferondo.
— Ho! ho! Kopę551 mil za Osranowem!