Aż przyszła godzina ziszczenia.
W jakąś noc grudniową, noc śniegiem zawianą, gdy znużony czuwaniem schylił siwą głowę głęboko ku piersi, zabrzmiał sygnał...
Wawera zadrżał i obudził się:
— Co to?!
— Bimbam... — zabrzmiało powtórnie. — Bimbam... Sygnalizator grał. Po raz pierwszy od czasu objęcia służby usłyszał budnik kucie młotków...
Pokraśniał cały, trzęsącymi się rękoma włożył czapkę, zarzucił szynel na ramiona i porwawszy latarkę, wybiegł przed budkę.
— Bimbam... — grało na słupie.
— Idę już, idę — szepnął, słaniając się na nogach ze wzruszenia.
Całą siłą woli opanował się, sprężył w służbowej postawie i podniósłszy wysoko sygnał świetlny do góry, czekał.
— Ta, ta, ta... Ta, ta, ta... — dudniało na przestrzeni.