Tak minął rok od czasu zamknięcia przystanka. Wędrówki ku Kniejowu przeszły w coś nieodzownego, coś, bez czego żyć nie można — stały się "drugą naturą". Szatera czuł się chorym, ilekroć okoliczności ułożyły się tak fatalnie, ze nie mógł odbyć swej wieczornej przechadzki.

Aż zaszedł fakt, który zdawał się wynagradzać go za wierność serca, spełniając w sposób wyjątkowy tęsknotę wielu dni...

Było tydzień temu, w pamiętny dzień 9 października.

Wieczorem jak zwykle, koło piątej przywdział Szatera nowy mundur, narzucił na ramiona świeżo sprawiony szynel z odznakami naczelnika i nacisnąwszy mocno czapkę służbową, ruszył ku Kniejowu. Wieczór był jak dzisiaj, ponury i smętny. Na niebie borykały się z wiatrami ołowiane chmury — dżdżył deszcz jakby przesiany przez przetak, a ponad rzężenie wichury wybijał się od chwili do chwili ochrypły skwir zmokłych wron i kawek.

Naczelnik pomykał kroku smutny i bardziej przygnębiony niż zwykle. Wieczór ten rozkołysał w nim silniej niż kiedykolwiek falę wspomnień. Bo dnia tego przypadała rocznica zwinięcia stacji. Pamiętał, jak dziś, chwilę rozstania z przyjacielem. Nagle w czasie pogawędki Droń umilkł i szybko podszedł ku oknu. jakby wypatrując coś na przestrzeni.Po chwili odwrócił się i podając mu rękę na pożegnanie, rzekł krótko, zdławionym głosem:

— Bywaj zdrów, mój stary. Jutro wyjeżdżam.

— Dokąd? — zapytał zaniepokojony.

— Na kresy — gdzieś do jakiejś stanicy hulajpoliskiej, gdzie djasek dobranoc mówi.

— Żartujesz?

— Gdzie tam. Rozkaz. Jutro zamykają budę. Zbędna. I uścisnąwszy go, niemal gwałtem wypchnął za próg. Stary dziwak bał się, by w obecności druha nie ryknąć płaczem i bronił się przed samym sobą.