— Której? Gdzie.

— O, tutaj, ta kupka piasku. Niech się jej kolega lepiej przypatrzy.

W tej chwili nadpłynął z przestrzeni świeży podmuch wiatru i rozwiał rzeźbę — efemerydę.

— Sacre bleu! — zaklął Szatera — spóźnił się kolega o parę sekund, a warto było zobaczyć.

I wytłumaczył mu, o co chodziło. Derwicz wysłuchał z zajęciem lecz nie wyglądał na przekonanego.

— Mogło się jednak to wszystko panu naczelnikowi przywidzieć — rzekł w końcu z odcieniem sceptycyzmu w głosie. — Być może myślał pan w tej chwili o niedawnym wypadku na stacji.

Szatera wzruszył tylko niecierpliwie ramionami, lecz nic nie odpowiedział. Obojętne mu było, czy asystent wierzy w rzeczywistość tego, co on widział przed chwilą czy nie.

Przez parę następnych dni kaprys wichrowy na piasku powtarzał się na rozmaitych punktach toru lecz coraz niewyraźniej i niedokładniej: odlew ręki był fragmentaryczny i niewykończony: raz brakowało niektórych palców, to znów ramię wyglądało skrócone po łokcie. W ciągu następnych tygodni zjawisko występowało już tylko sporadycznie w przerwach najpierw dwudniowych, później co trzy, cztery dni, a wreszcie ustało zupełnie i już nie powróciło.

Równocześnie podobny objaw zaobserwował na miejscu dawnej stacji w Kniejowie. Światła niewidzialnego semaforu pojawiły się jeszcze parę razy w kilkudniowych odstępach lecz za każdym razem były coraz słabsze: sygnały bladły widocznie i wyczerpywały się, aż zczezły i więcej nie powtórzyły się...

Wtedy coś i w Szaterze załamało się i zgasło. Przez czas pewien piastował w duszy złudne majaki, a gdy już był bliskim realizacji, zdradziecki miraż rozwiał mu się w oczach. I znów zapanowała wszechwładnie szarzyzna codzienności...