— Albo się nas przelękło, spostrzegłszy, żeśmy zwąchali pismo nosem — odpowiadał asystent Żadurski, bezwzględny wyznawca teorii swego naczelnika.
Lecz Bytomski nie dowierzał i w niczym nie "popuszczał krygów". Jakoż wkrótce potem okazało się, że miał zupełną rację. Pewnego zimowego wieczora, jakoś na parę dni przed Nowym Rokiem, wpłynęła koło godz. 5 po południu telegraficzna depesza z Krotoszyna, większej węzłowej stacji na wschód od Tręczyna, z wiadomością, że osobowy nr 25, którego spodziewano się o godz. 5.15 przed wieczorem, spóźniony o 2 godziny. Bytomski potwierdził odbiór telegramu i zapalając fajeczkę, zauważył w stronę stojącego obok Żadurskiego:
— Zaczynają się znów te przeklęte spóźnienia. Pewnie gdzieś zawiało przestrzeń.
— Niezawodnie — odpowiedział asystent — dzienniki wczorajsze donoszą o strasznych śnieżycach w powiecie stężyckim.
— Tak, tak — pokiwał smutno głową naczelnik, spoglądając na tor przez zamarznięte szyby.
W tej chwili zagrał aparat na drugim końcu stołu. Żadurski skrzywił się i z niechęcią zaczął odczytywać wysnuwający się z bloku pasek papieru.
Nagle zmarszczył się:
— Hm — szepnął z odcieniem niepokoju — mielibyśmy przed sobą to, na co tak długo czekamy?
Bytomski zerwał się na równe nogi.
— Co kolega mówisz?! Alarmują?! Kto?! Co?! Skąd? Pokaż pan!