— Słyszysz, Luśnia? — przerwał milczenie budnik. — Szyny gwarzą...
— Zwyczajnie latem pod wieczór kurczą się od chłodu i przeto szczękają.
— Szyny gwarzą — powtórzył Wawera, puszczając mimo uszu objaśnienie kowala. — Gawędzą sobie wieczorem po znojach dnia.
— Szyny gadają — powtórzył jak echo Luśnia.
— Tak, tak — mówił dróżnik dziwnie rozmarzony. Czy myślisz, że one nie żyją jak my, ludzie, zwierzęta lub drzewa?
Kowal spojrzał zaskoczony pytaniem.
— Żyją, Luśnia, żyją, jeno swoim własnym, odmiennym od innych stworzeń życiem.
To stanowczo już przekraczało zakres pojęć kowala. Popatrzył poczciwiec na towarzysza jak na wariata, pokręcił głową i splunąwszy od niechcenia w bok, odsunął się trochę na prawo.
— A tor, myślisz, nie żyje, co? — następował nań rozgrzany biernym oporem Wawera. — A ten parów, ta stacja z blokiem, a ta cała przestrzeń, hę?
— Głucha przestrzeń — wtrącił półgłosem Luśnia.