Dzień był jesienny, przeniknięty srzeżogą dymów, wilgocią dżdżu. Z rozchwiei mgieł wysnuwały się jakieś twarze widmowe, maski zagadek, zacięte usta symbolów. Zdawało mu się, że każda z nich patrzy weń ze szczególnym wyrazem, jakby porozumiewawczo, z sennie-nudnym grymasem, poza którym kryła się świadomość prawdy wspólnej, tak dobrze obojgu im znanej, że się nawet niema co silić na jej podkreślanie.
Znużyły go twarze: przeszedł na odludną ulicę.
Była wypełniona po brzegi mlecznemi złożami oparów. Szedł ostrożnie, by nie natknąć na latarnię. Po pewnym czasie uczuł na plecach czyjąś rękę:
— Servus Władek!
— A! to ty!... Nie poznałem — ale bo mgła zakuta!
Wrzecki serdecznie ściskał podaną mu dłoń.
— Dokąd?
— Do prosektoryum.
— A! do trupiarenki, operacyjka? Krajanie nieboszczyka? Co?
— Coś w tym rodzaju.