— Winszuję, serdecznie winszuję! To było celnie, co się zowie! Pi, pi, pi! I gdzie trafione! W sam ośrodek wzroku — po przejściu przez wyrostek szyszkowy. Panie — to było arcydzieło w swoim rodzaju! No — przyznaj się pan — oślepłeś na dobre! Ho, ho, ho! Co widzę? Krupp et Compagnie! Średnica 9 mm., płaszcz stalowy prima-sorta. — No, no, winszuję — w centrum wzroku, ni na milimetr w bok...
Wrzecki nie rozumiał. Był tylko silnie podrażniony dziwaczną przygodą — tem bardziej, że zwróciła uwagę gości, których grupa otoczyła jego tabletkę. Wreszcie wykrztusił dławionym przez wściekłość głosem:
— Garson! Uwolnić mnie od tego waryata!
Lecz rozkaz okazał się zbytecznym. Nieznajomy z palcem wyciągniętym ciągle ku jego czołu, począł cofać się powoli ku drzwiom, aż zginął w sąsiedniej sali. Widownia również rozprószyła się; tylko jakiś chudy, z angielska zakrojony gentleman nie ruszył się z miejsca uśmiechnięty pod wąsem; robił wrażenie kogoś, który był niejednokrotnie świadkiem podobnych scen. Skłonił się lekko Wrzeckiemu i bez zapytania, zajmując obok krzesło, zagadnął:
— Jak widzę — nie sprawił panu szczególnej przyjemności występ wujcia Edzia?
— Czy mówi pan o tym waryacie?
— Właśnie. Nazywamy go wujciem Edziem; postać w naszej kawiarni powszechnie znana. Zachodzi tu w każdą niedzielę i święta. Fenomenalne połączenie sentyzywa i szaleńca.
— Sentyzywa?
— No — tak. Musiał pan chyba słyszeć o tych wyjątkowych zdolnościach u pewnych anomalii; przed takim osobnikiem leży siatka nerwów, mięśni, system kostny, słowem, cały organizm ludzki jak mapa dróg kolejowych: przenika człowieka na wylot. Wujcio Edzio, niegdyś wcale tęgi lekarz, dorobił się, dzięki swej specyalnej zdolności, kolosalnej fortuny. Używano go do introspekcyi przy operacyach; oddawał olbrzymie usługi. Potem nagle zwaryował. Odtąd dostrzega w swych pacyentach niemożliwe rzeczy. Tak n. p. u mnie skonstatował w komorze sercowej ni mniej, ni więcej tylko istnienie mikromilimetrycznej żabki. Dobry sobie, co? U pana znowu dopatrzył się w zwojach mózgowych...
— Czego?... — Wrzecki drżał z niecierpliwości.