Czas był przecudny; lipcowe wieczory opiłe ciepłem słońca, wstrząsane rzeźwym dreszczem dalekich błyskawic uspasabiały marząco, nęciły słodką pokusą w dal rozsrebrzoną księżycem. Cicho przekręcałem klucz w zamku i szedłem na długą przechadzkę, by niejednokrotnie wrócić z niej aż koło północy.
Podczas jednej takiej wycieczki zapędziłem się w okolicę dość odległą, zalesioną i obcą. Chociaż było widno jak w dzień, zabłądziłem i kilkakrotnie wracałem na to samo miejsce. Wkońcu przebłyskujące z poza drzew nikłe światełko wybawiło mnie z matni i wpadłem na jakąś drogę, która wijąc się poprzez bór, łączyła swem przedłużeniem z gościńcem do miasteczka. Uradowany z drogowskazu, począłem zbliżać się ku zbawczemu ognikowi i po kwandransie znalazłem się koło czworobocznego domku, tuż u wylotu szczęśliwie przebytego lasu. Była to najprawdopodobniej leśniczówka: domostwo niewielkie, od strony traktu oparkanione palisadą. Świeciło się tylko w jednem oknie wychodzącem na bór; reszta budynku nurzała się w grubej poćmie nocy.
Pociągnięty mdłym blaskiem zeszedłem z drogi i dla wypoczynku usiadłem w promieniu światła na pniu jesionu, znać świeżo zwalonego, tuż niemal pod samem oknem. Odetchnąwszy z uczuciem ulgi po forsownym marszu, wyciągnąłem fajeczkę, nałożyłem i zapaliwszy, wlepiłem zamyślony wzrok w jasny czworokąt szyby. Oczy przykute magnetycznie do wyraźnie odcinającego się na tle mroków okna, zrazu nie odróżniały szczegółów, opętane światłem; dopiero po chwili przyzwyczaiwszy się, popatrzyłem uważniej.
Okno było szczelnie przysłonięte jakąś białą chustą, z poza której przyświecał owalny płomień pełgającej mętnie nocnej lampki. Na tym przepojonym skąpo światłem ekranie rysowały się silnie jakieś cienie. Tknięty mimowolnie dziecinną ciekawością, zacząłem je studyować. Nagle uchwyciwszy linie dokładniej, omal że nie krzyknąłem z przerażenia, odruchowo zrywając się z kłody ku oknu. Istotnie, to co ujrzałem na zasłonie, musiało wstrząsnąć choćby najmniej wrażliwym widzem.
Na chuście widniały sylwety trzech ludzi. Od lewej krawędzi ekranu wysuwał się śmiały profil męskiej głowy z linią nosa orlo zaciętą, czołem otwartem, bardzo odrzuconem wstecz. Na poziomie lekko tylko naszkicowanego torsu wyraźnie znaczyły się ręce złożone jakby do strzału z rusznicy, której cień wydłużał się pod kątem ostrym ku prawej ramie okna. Tam odrywała się od futryny pochylona mocno w stronę morderczej broni sylwetka znać ugodzonej już kulą ofiary. I to była postać mężczyzny, lecz o niemiłych, niemal odstraszających rysach twarzy; niskie czoło, nos niekształtny sprawiały wraz z nieforemnej budowy czaszką wrażenie przykre, odpychające. Nieszczęśliwy widocznie trafiony w serce, gwałtownie zgiął się ku przodowi, chwytając się kurczowo lewą ręką za pierś.
W środku, między tymi dwoma ludźmi czernił się profil trzeciego mężczyzny w postawie siedzącej, gdyż chwiejący się bez przerwy cień głowy przypadał znacznie niżej, zajmując spodnią część ekranu.
Zauważywszy okropną scenę zrzutowaną widmowo na białem tle, chciałem w pierwszej chwili wpaść do wnętrza domu i ująć zabójcę. Lecz po sekundzie namysłu opanowałem się i nie spuszczając oka z zasłony, stałem jak wryty bez ruchu. Powoli wyłaniały się refleksye spokojniejsze, uświadamiały szczegóły, na które zrazu, pod wpływem pierwszego wrażenia nie zwróciłem uwagi.
Oto przedewszystkiem nie mogłem pojąć, dlaczego żaden huk wystrzału nie doszedł mnie z wnętrza na chwilę przed spojrzeniem w okno. Że obraz przedstawiał sytuacyę już po daniu ognia, o tem świadczyła wymownie pozycya trafionego po jego prawej stronie: ten człowiek słaniał się widocznie ku ziemi porażony śmiertelnym pociskiem; słaniał się, lecz — rzecz osobliwa — nie padał: jakby skrzepł w momencie, w którym miał runąć. Lecz i tamten drugi — morderca broni nie spuszczał, trzymając ją wciąż na wysokości piersi.
Obaj zdali się skamienieć w postawach, w jakich ich ujrzała tragiczna chwila: dwa cienie czarniały znieruchomione, bez śladu drgnienia, jak zaczarowane.
Było coś okropnego w tej nieruchomości, w tem przedłużeniu momentu.