Na ogół podobał mi się bardzo i starałem się zaraz tego pierwszego wieczora zaskarbić sobie jego względy. Jakoż wysiłki moje uwieńczył pożądany skutek. Żręcki począł spoglądać na mnie wzrokiem coraz spokojniejszym, a równocześnie życzliwszym i z większą dozą ufności. Gdyśmy koło 8-mej wieczorem rozstawali się niedaleko leśniczówki, do której go odprowadziłem, miał łzy w oczach i serdecznie mi ściskał rękę. Żegnając się, umówiliśmy się o schadzkę za parę dni; starzec obiecał mnie wziąć z sobą na głuszce.
Tak zawiązana znajomość nabrała wkrótce cech niemal zażyłej przyjaźni. Żręcki z ochotą wdawał się ze mną w długie rozmowy, wśród których zwolna, niespostrzeżenie uchylał rąbka z swej burzliwej przeszłości. Z opowiadań tych dowiedziałem się, że w młodości włóczył się po całym świecie, odbył parę kampanii w rozmaitych częściach świata, poczem ożenił się z piękną, ukochaną kobietą. Lecz utraciwszy żonę niebawem, znów rozpoczął włóczęgę, która steranego laty, po przebyciu długiego więzienia z powodu przestępstw politycznych, wreszcie zapędziła w lasy hr. S.
Tu postanowił dokonać niespokojnego żywota.
Chociaż przytoczył mi wiele szczegółów z swej awanturniczej przeszłości, mimo to z pewnych luk w ciągłości opowiadania wnosiłem o niejakich przemilczeniach; nie chciał, czy nie mógł wszystkiego powiedzieć.
Chociaż stosunki moje z nim były prawie przyjazne, przecież nie zaprosił mnie ani razu do siebie; widywaliśmy się w miasteczku, na polu, na drogach leśnych, lub u mnie w domu. Trochę mnie tym irytował, gdyż właśnie na wnętrzu leśniczówki najwięcej mi zależało. Ponieważ wpraszać się gwałtem również nie chciałem, choćby z obawy wzniecenia podejrzeń, więc nie pozostało mi nic innego, jak podstęp. Użyłem go choć niechętnie.
Raz po upalnym dniu nad wieczorem rozszalała okropna burza rozświecana ogniem błyskawic, gromka posetnem echem piorunów. Deszcz lał strugami, na zmierzwionem niebie dymiły w dzikiej pogoni skłębione chmury.
Postanowiłem skorzystać z ulewy, na którą już od dawna czekałem. Wdziałem wysokie skórznie, grubą gumową kurtę i takiż kapelusz i przewiesiwszy torbę myśliwską wraz ze strzelbą przez plecy, ruszyłem ku leśniczówce.
Plan mój był prosty. Zaskoczony rzekomo przez burzę w lesie podczas dalszej wycieczki w głąb w porę spóźnioną, zamierzałem pod tym pozorem wejść pod dach Żręckiego i tu przeczekać czas jakiś, póki się trochę nie uspokoi. Upozorowanie mogło być o tyle udatne, że dom starego myśliwca stał od miasteczka w odległości znacznej, a droga pośrodku wijąca się między czystemi polami w tak straszną zlewę była nieznośna. Jako więc dobry znajomy miałem zupełne prawo do gościnności gospodarza.
Stanąwszy na miejscu, zaszedłem umyślnie od strony lasu, by spojrzawszy w okno, przekonać się, że starzec u siebie. We wnętrzu pełgotała nocna lampka, na muślinowej firance odcinała się zesztywniała w bezruchu przykra scena. Tylko cień głowy w pośrodku chwiał się jak zwykle w beznadziejnem zwątpieniu. Żręcki siedział tedy w domu pogrążony w ponurej zadumie, gdyż teraz już nie wątpiłem, że ruchoma sylweta na dolnym brzegu zasłony do niego należy.
Zapukałem gwałtownie do drzwi. Po chwili odezwały się ciężkie kroki w sieni, a wkrótce potem nieufne pytanie: