Wtedy to na parę dni zawitał do mnie syn młodszy. W jednej z potyczek z Moskalami otrzymał postrzał i musiał się leczyć. Przyjąłem go z radością w ojcowskie swe progi i ukrywałem w tajemnicy przed ludźmi. Nikt ani nie domyślał się obecności rannego na leśniczówce. Jakoż dzięki staraniom moim szybko przychodził do siebie...
Pewnej nocy zakołatano gwałtownie do drzwi i zanim zdołałem ukryć syna, przez wywalone odrzwia wpadł tu do tej izby, w której siedzimy, Zbigniew. Był blady, jak ściana: nasi gonili go, przyłapawszy na zdradzie. Błagał o ratunek, prosił o schronisko.
Gdy słabo odmawiałem, czyniąc wyrzuty, Władek podniecony do najwyższego stopnia widokiem zdrajcy, porwał za strzelbę i wypalił. Gdy kula chybiła, strzelił powtórnie. Zbigniew zachwiał się, coś zabełkotał i chwytając się za serce, runął martwy...
Stało się nagle, niespodzianie, w mgnieniu oka. Nie mogłem przeszkodzić bratobójstwu... Lecz należało zatrzeć ślady; musiałem ocalić zabójcę. Tej samej nocy wspólnie pogrzebaliśmy w lesie zwłoki, zmyli krew na podłodze. Władkowi pozostała tylko natychmiastowa ucieczka. Przed świtem zmieniwszy odzież, opuścił niepostrzeżenie dom. Nikt go odtąd nie widział, nikt o nim nie słyszał: przepadł bez wieści. Może zginął... Gwałtowny był i prawy...
— — — — — — — — — — — —
Głos Żręckiego załamał się. Opuścił nizko głowę ku piersi i siedział w ponurem zamyśleniu. Nie śmiałem go przerywać, chociaż pytania tłumem cisnęły mi się na usta. Lecz on snać chciał tylko odpocząć na chwilę i skupić myśli. Po jakimś czasie, podniósłszy wzrok ku zasłonie, tak kończył przerwane zwierzenia:
— Zostałem tedy sam w tym pustym domu, sam z mą straszliwą tajemnicą. Nie śmiałem wychodzić pomiędzy ludzi, lękając się wszelkich wyjaśnień, któreby mogły zdradzić mego syna. Zresztą nieszczęście odstręczyło mi bliźnich; unikać ich począłem zrażony gwarem obojętnego mi życia. Skazany byłem na samotność. Całymi wieczorami przesiadywałem w tej izbie, przy blasku lampy, rozpamiętując wypadki owej strasznej nocy.
Ogarnęła mnie dziwna apatya. Nie ruszałem się prawie z miejsca, nie jadłem, nie sprzątałem. Grube warstwy pyłu pokryły sprzęty mego domu, podłoga niezamiatana przez czas dłuższy raziła wyglądem śmietnika. Opuściłem się wtedy zupełnie. Z tego odrętwienia wyrwało mnie spostrzeżenie, które uczyniłem w tydzień po wypadku.
Pewnego wieczora siedząc tu przy stole, rzuciłem mimowoli okiem na firankę i ujrzałem to... W pierwszej chwili myślałem, że halucynacya wyobraźni skupionej ciągle w jednym obrazie; lecz codzienne doświadczenie przekonało mnie, że jest inaczej, że cienie istotnie odtwarzają scenę bratobójstwa. Ten z lewej jest wiernem odbiciem profilu Zbigniewa, — strzelający oddaje w najdrobniejszych szczegółach rysy młodszego syna. — Tak wyglądali obaj w owej chwili. Nawet ruch padającego, ten konwulsyjny chwyt za serce — wszystko powtórzone z fotograficzną ścisłością. Rzecz szalona, nie do uwierzenia, a jednak prawdziwa, okropnie prawdziwa...
Tu starzec zamilkł powtórnie i smutnemi oczyma błądził po ekranie. Powodowany nieprzepartą chęcią, zapytałem: