— Może teraz zrozumiesz młody człowieku, dlaczego mimo wszystko nie chcę przestawiać sprzętów. Oto poprostu nie mam odwagi. Jakiś szczególny strach paraliżuje mi rękę wyciągniętą w tym celu. To tak, jak gdybyś chciał złamać któreś z praw natury.
Tu starzec dźwignął się ciężko i prostując zawiędłą swą postać, dorzucił z obłąkaniem w oczach:
— Słuchaj pan! Boję się, w razie gdybym to uczynił, jakiejś zemsty ciemnej, z nienacka, niespodzianej — lękam się... potępienia... Ja tego zmieniać nie mogę, nie mam siły... Ja z tym obrazem związany do końca dni moich... Gdy tylko wieczór zapadnie, coś mię ciągnie nieprzeparcie do tego pokoju, jakiś nakaz tajemny zmusza do zapalenia światła i wpatrywania się w tragedyę chwil ubiegłych.
Czasami zapomniawszy się, odruchowo wyciągam ręce ku Władkowi, błagając, by nie zabijał i znów opadam na krzesło znużony i wyczerpany, póki sen nie przymknie mi ociężałych powiek...
Skończył. Była czwarta nad ranem. — Lampka zadrgawszy ostatnim podrzutem, zagasła. Znikły złowieszcze cienie.
Odetchnąłem, otworzyłem okno. — Z dworu poczęły wchodzić cicho w izbę modre jaśnie rozbrzasku, od lasów spływał rzeźwy zapach drzew. Gdzieś na gałęziach ptaszki strzepnąwszy rosę, kwiliły zaranne skargi, budził się wiatr na dzienne znoje...
Postąpiłem ku Żręckiemu. W milczeniu podał mi rękę. Ucałowałem dziwnie wzruszony.
Wtedy objął mię jak syna i położywszy mi dłoń swą na głowie, coś cicho szeptał...
W WILLI NAD MORZEM
Krągłe, miękko zwiewne obłoczki dymu wysnuwały się zwolna z kształtujących je ust, położyły w karbowanych falisto pierścieniach i roztapiały na lazurowem tle nieba. Cygara były wyborne; delikatnie zwinięte liście żarzyły się wonnie, ulatniając soczystą, szlachetnie ześrodkowaną treść. Paliliśmy powoli, zaciągając się z maestryą, jak znawcy. Znakomite miał hawana Ryszard Norski.