Dokończył cygara i strząsnąwszy resztki popiołu, rzucił niedogarek do perłowego wnętrza muszli.
Przykro dotknięty, udałem przecież, że wszystko w porządku i z wyszukaną ochotą podniosłem się z nim do wyjścia.
Gdy wróciliśmy pod wieczór do domu, był w najlepszym humorze i podczas wieczerzy nieustannie żartował z Adasia. A jednak zauważyłem, że od czasu do czasu cień przelotny przesunął się po jego pięknej, męskiej twarzy i parę razy pochwyciłem wzrok, spoczywający na mnie ze szczególną uwagą.
— — — — — — — — — — — — — —
Od owego popołudnia minęło parę tygodni.
Na pozór nic się nie zmieniło w mym stosunku do Ryszarda, z którym jak dawniej prowadziłem długie rozmowy, odbywałem wspólne przechadzki i przejażdżki po morzu. A jednak czuliśmy obaj, że coś zaszło, że jakiś cień padł klinem pomiędzy nas i rozdziela coraz silniej. Czując to, właściwie należało mi pożegnać go i opuścić willę. Jeżeli tego nie uczyniłem, to chyba dzięki specyalnemu zwarciu się z tym człowiekiem, który od dłuższego czasu był dla mnie zagadką trudną do rozwiązania.
I jemu widocznie ciążyła moja obecność we willi, lubo usilnie starał się zamaskować wszelki ślad niechęci. A jednak widziałem to dobrze z wyrazu twarzy, rzutów oczu, z rozmów prowadzonych w sposób wymuszony i ostrożny. — Wogóle Norski sposępniał i zmienił się w tych ostatnich czasach bardzo. Często się zamyślał nad czemś głęboko, na pytania odpowiadał niechętnie, unikał stale pewnych tematów; i tak od pamiętnego dnia nie mówiliśmy ani razu o ś. p. Prandocie. Podobnie nie poruszyliśmy odtąd zgoła kwestyi literackich; gdy przypadkiem zwracałem konwersacyę na zmierzające ku temu tory, zręcznie przechodził do rzeczy luźnie tylko z literaturą związanych, poczem oddalał się skwapliwie coraz to bardziej od drażliwego punktu.
Zresztą banalność naszych dyalogów wetowała mi wspaniała biblioteka gospodarza, która w każdej porze stała przedemną otworem. To też całemi godzinami, zwłaszcza rano, zatapiałem się w lekturę.
Jednak rzecz dziwna: Wśród poetów doby ostatniej, reprezentowanych tutaj wcale pokaźnie, nie mogłem znaleźć ani jednego tomiku Prandoty. Mimo to, nie chcąc rozdrażniać Ryszarda, nie zwróciłem na to uwagi.
Wśród tego począłem ulegać jakimś specyalnym zmianom, z których zrazu sam sobie sprawy nie zdawałem, gdyż przejawiały się w sposób raczej zewnętrzny. Ryszard przeciwnie zauważył, że coś się ze mną dzieje i to, rzecz szczególna, z pewnem niezadowoleniem, a nawet obawą.