— Sądzę, że raczej należałoby stwierdzić tożsamość ruchów, jeżeli tylko nie są wytworem fantazyi nadającego. Łatwiej będzie mi odgadnąć, kto na mnie działa, gdy odpowiem na pytanie: Czyje gesty naśladuję?... Czy nie mógłbyś mi w tem przyjść z pomocą? Sprawa, o ile zauważyłem, dość cię zajęła. Czy obecne ruchy moje nie przypominają ci kogoś znajomego?
Norski znać nie przeczuwał, że kwestya weźmie taki obrót. Pytanie stropiło go. To też dopiero po chwili odpowiedział, nie patrząc na mnie:
— Niestety, ja ci się tu na nic nie przydam. Ta gestykulacya jest mi zupełnie obcą; nie widziałem jej u nikogo.
— W takim razie musisz zrezygnować z upragnionej odpowiedzi na zadane przedtem pytanie. Nie dowiesz się, komu podobało się wybrać za narzędzie swych dalekonośnych doświadczeń.
Mówiłem tonem umyślnie żartobliwym, by go nie zaniepokoić i wkrótce zeszedłem na temat obojętny. On też uznał za stosowne zmienić rozmowę i zaczął o czem innem.
A jednak jeszcze tegoż dnia dowiedziałem się, do kogo należały ruchy, któremi tak dziwnie przesiąkłem.
Stało się wieczorem, wkrótce po zachodzie słońca. Jak zwykle po kawie zaproponował Ryszard przechadzkę nad morze. Przystałem chętnie i podczas, gdy on już gotów do wyjścia czekał na mnie na stopniach terasu, ja zaszedłem jeszcze do pokoju po zarzutkę, bo wieczór zapowiadał się chłodny. Po chwili wróciłem i włożywszy dość fantazyjnie kapelusz na głowę, stanąłem w drzwiach wchodowych, naciągając rękawiczki. Norski narazie mnie nie widział, odwrócony twarzą ku morzu. Tak minęło w milczeniu chwil kilka.
Wtem on widocznie zniecierpliwiony czekaniem, odwrócił się, podniósł wzrok w stronę, gdzie stałem i nagle, jak przed widmem, zasłaniając się rękoma, pochylił się tak silnie wstecz, że omal nie stoczył się ze schodów.
— Ryszardzie! Co tobie? To ja!
Podbiegłem i w samą porę chwyciłem go pod ramię. Uspokoił się, nie spuszczając ze mnie błędnych piekielnem przerażeniem oczu, jakby nie dowierzał dźwiękowi mego głosu.