Odeszła. Niema gra twarzy, pojedynek spojrzeń. Oczy przeciwników niemal równocześnie zatrzymują się na koszyczku od robót, pozostawionym przez panią na stole. Przykuwają uwagę dwa kłębki na spodzie: zielony i błękitny. Dziwny uśmiech błąka się na wargach męża. Sięgnął po kłębki, położył na ręce; igra nimi, taczając po dłoni. Patrzy pytająco na tamtego. Ujął w palce kulkę błękitną:

— Śmierć.

Blondyn skinął na zgodę. Teraz podsuwa dłoń z zieloną.

— Życie.

— Dobrze.

— Kto będzie ciągnął losy?

Dialog przerywa duży angielski chart. Śliczne zwierzę wbiega do altany w krótkich, gibkich skokach i zaczyna łasić się u stóp blondyna. Ten głaszcze psa po łbie, po czym wskazując go przeciwnikowi objaśnia:

— Nero.

— Dobrze.

Wkłada na powrót do koszyka oba kłębki i stawia na stopę. Z kolei sięga po nie rywal i ująwszy w prawą rękę, zwraca się do psa: