Była to ta sama arystokratyczna twarz, te same wytworne rysy, tylko teraz podkreślone ostrzej rylcem śmierci. Leżał wyciągnięty sztywno na podścielisku słomy, w pomiętym, jeszcze wilgotnym fraku, z wisiorami zielsk wodnych w bujnych, jasnych włosach, ze smugami mułu na spodniach i gorsie koszuli.

Patrzyłem jak osłupiały, nie dowierzając oczom...

Nagle jednym skokiem opuściłem trupie legowisko i nie patrząc poza siebie, zacząłem wciągać na ramiona bluzę. Chciałem wyjść stąd jak najprędzej, uciec jak najdalej.

Wtem z zewnątrz odezwały się liczne kroki i szmer głosów. Przymknięte drzwi odchyliły się i do środka weszło paru mężczyzn: trzech chłopów z wójtem na czele, żandarm, jakieś chuderlawe indywiduum o wyglądzie pisarza gromadzkiego i dwóch gentlemenów. Towarzystwo miało postawę uroczystą, urzędową.

"Komisja śledcza" — pomyślałem.

— A pan co tu porabiają? — zapytał mnie wójt grubym, niskim basem.

— A cóż? Przespałem się niechcący w tej izbie.

— Nie wolno. Taż to trupiarnia — zgromił surowo.

— Wczoraj po nocy zabłądziłem tu, uciekając przed zlewa. Nie wiedziałem, gdzie wchodzę.

— Winszuję noclegu — odezwał się jeden z inteligentów, szczupły brunet z kozią bródką, zapewne lekarz.