— Czemużeś nie zarzucił nań przynajmniej okrycia? — przerwał zmienionym głosem Kostrzycki. — Tam na polu będzie ze dwadzieścia stopni mrozu.

Stary bezradnie opuścił głowę:

— Nie śmiałem iść za nim: zabronił wyraźnie. W oczach miał przy tym takie błyski, że coś mię od niego odpychało.

— I cóż dalej? Dokąd zaszedł?

— Nie wiem. Widziałem go jeszcze czas jakiś na gościńcu; potem skręcił w lewo...

— W lewo! — podchwycił Biedrawa. — Ależ trakt główny skręca w przeciwną stronę! Na lewo biegnie droga...

— Na cmentarz — dopowiedział półgłosem sługa. — Tam zniknął z oczu...

— Nie ma ani chwili do stracenia — zawołał nagle Zgorzelski, opanowując przemocą dziwne uczucie lęku, jakim I przejęły obecnych słowa Filipa. — Trzeba zwołać parobków i zaprząc dwoje sań. Może go jeszcze ocalimy, o ile dotąd nie zamarzł.

— Parobków już wysłałem — odparł Filip — a sanie wielmożnych panów też gotowe do odjazdu... Złą noc podobno wybrali panowie na zabawę, bardzo złą noc...

Mężczyźni, już na wychodnym, równocześnie zwrócili się pytająco ku starcowi.