— Kłamiesz, przyjacielu, zegarków nie używasz od lat dziesięciu. Po co te wykręty?
Głos jego przejmuje mię do głębi; gdzieś go słyszałem i znałem doskonale — głos mi nader bliski.
— Wiem, po co przyszedłeś. Oczekuję cię od dawna.
Teraz ja się uśmiecham.
— Jeśli tak, to sprawa bardzo uproszczona.
— Oczywiście. Zanim spełnisz, coś zamierzył — usiądź. Pogadamy. Wszak czasu mamy dość.
— Naturalnie. Nie spieszno mi.
Siadam i wsłuchuję się w rozmowę zegarów. Chodzą równo na minutę, sekundę.
— Uregulowałeś u siebie czas idealnie — rzucam uwagę na chybił trafił.
Sektor milczy, wpatrzony we mnie uporczywie.