Godziny płynęły cicho, spokojnie, dojrzewały upalne południa, chłodzone chwiejbą drzewnych szczytów. Uczucie niezmiernej ulgi szło od głuszy lasów, wionęło z cienistych głębin.

Praca postępowała raźno. Odcięliśmy dwiema poprzecznymi groblami część koryta, by powstały w ten sposób rząp wody poddać parowaniu. Równocześnie przepuszczało się wartki nurt przez płuczkę. Eksploatacja okazała się wkrótce nader wydatna, zwłaszcza gdy idąc za trafną radą Beni przeprawiliśmy się na drugi brzeg i zaczęliśmy kopać w ziemi. Żmudną dość pracę urozmaicały wyprawy myśliwskie konieczne do zaopatrzenia naszej kuchni w zwierzynę. Uzbrojeni w strzelby wybieraliśmy się na dzień lub dwa w głębię puszczy.

Okolica była najzupełniej dzika, nigdzie ani śladu ludzkiej stopy; bywały komysze niedostępne, do których nigdy ani promyk słońca nie zaglądnął, ponure zaułki leśne, gdzie od prawieków człowiek nie zawitał, zasieki zawalone butwiejącymi kłodami, zaryglowane obalinami odwiecznych cedrów — zamczyste, mchem zasnute na głucho zastrzały. Nurzaliśmy się w puszczy ogromnej, bezludnej, bez krańca.

Pewnego razu, wymijając jeden z takich ostępów, uczuliśmy nagle silny swąd, a wkrótce potem Ben, idąc w kierunku woni, wskazał na kłęby popielatego dymu przewalające się przez ścianę stuletnich dębów. Byliśmy w pobliżu jakiejś osady.

Należało być ostrożnym. Po cichu, skradając się, zagłębiliśmy się w starodrzew, by niebawem przekonać się, że dębina urywała się rozwierając w szeroką, jasną polanę. Stamtąd szły dymy.

Przykucnęliśmy za ostatnimi pniami i zapuściliśmy ciekawe spojrzenie w tamtą stronę.

Po gładkiej, krótką trawą zarosłej równinie, którą zewsząd okalały niebotyczne ściany borów, wałęsały się szare słupy dymu. Były gęste i tak przesłaniały sobą wszystko, że zrazu nie można było dostrzec, gdzie miały źródło.

— Wygląda, jakby się paliło — szepnąłem na ucho Benowi.

— Tak, lecz nigdzie nie widać płomieni. Zresztą czulibyśmy spaleniznę i skwar żaru; tymczasem jest tylko swąd.

— I nie słychać trzasku ognia; dymy snują się cicho i jednostajnie.