W połowie drogi od chaty szóstej do najbliższej z rzędu usłyszałem nagle cichy świst: Ben dawał znać o sobie. Odpo­wiedziałem natychmiast w podobny sposób i w chwilę potem spotkaliśmy się. Teraz raźniej nam było jakoś razem w tym dziwnym miejscu. Z rozmowy prowadzonej szeptem dowiedziałem się, że i on przejrzał po kolei sześć domów i doszedł do wyników identycznych z moimi. Byliśmy zatem w jakiejś osadzie opuszczonej zdaje się przez mieszkańców, którzy w niewiadomym celu pozapalali na odchodnym ogniska we wszystkich chatach.

Staliśmy otuleni mgłą, ledwo widząc jeden drugiego, niepewni, co począć: porzucić osadę i pójść dalej, czy też zaspokoić ciekawość i czekać na ewentualny powrót dzikich. Heading, jako człowiek praktyczny, nie chciał tracić czasu na bezcelowe być może czekanie i radził pierwsze. Co do mnie — wolałem tu zostać w nadziei, że po wypaleniu się ognisk odczytam i zrozumiem owe znaki totemiczne na słupach wchodowych, które tak mię zastanowiły; odezwały się dawne zamiłowania etnografa i zapamiętałego badacza kultur pierwotnych, dociekania naukowe z lat ubiegłych, których niestety nie mogłem kontynuować z powodu trudnych warunków życiowych.

— Zdaje mi się — szepnąłem wstrzymując Bena, który już zamierzał wymknąć się poza obręb wsi — że nie oglądnęliśmy wszystkich chat.

— Jak to? Przecież widocznie rozmieszczone są na obwodzie koła; ty przejrzałeś jedną jego połówkę, ja drugą; najlepszym dowodem, że zeszliśmy się po półgodzinnych zwiadach z dwóch stron przeciwnych.

— Zapominasz o środku osady, w którym zapewne stoi dom naczelnika. Nie widać go dotąd, bo obwód koła dość duży, a dymy w centrum jak gdyby najgęstsze. Że tam coś być musi, o tym świadczą drożyny biegnące w tym kierunku od chat.

— Ha, może masz słuszność — odparł, na pół przekonany — rzeczywiście, i ja zauważyłem te ścieżki. Jeśliś już tak bardzo ciekaw, możemy zbadać i środek. Tylko żwawo naprzód, bo pora już spóźniona i trzeba wracać do siebie.

— Pst! — ostrzegłem go — mówisz za głośno. Kto wie, czy właśnie tam nie spotkamy zgromadzonych na naradę mieszkańców? Może wieś odbywa dziś jakiś wiec przedwojenny?

Ben umilkł i cicho posuwaliśmy się jednym z chodników, co parę minut badając grunt, by przez pomyłkę nie wrócić znów na linię obwodu.

Tak postępowaliśmy przez dobry kwadrans; głucha cisza szła nam naprzeciw.

— Do diaska! — mruknął pod wąsem zniecierpliwiony Ben — tam nic nie ma! Po jakiego licha było pchać się w tę oćmę? Z pewnością minęliśmy już środek i zbliżamy się znów ku obwodowi.