— Czy Czarny Puma rozpala ogniska pod wieczór? — zagadnął sędziwego stróża osady.

W odpowiedzi Puma dźwignął się ciężko z kamienia przed paleniskiem i odparł swym śpiewnym, trochę drżącym głosem:

— W chatach Kwapnasów palą się ognie dniem i nocą. Dymy ich wznoszą się nad osadą bez przerwy.

— Przekleństwo! — mruknął przez zęby Ben. — Więc to są dymy wieczyste. Nie będzie można wygodnie zbadać terenu.

— Więc Czarny Puma czuwa przy ogniskach dniem i nocą? — zapytałem zdumiony.

— Dymy nie żądają tego od Czarnego Pumy. Ostatni z pokolenia wojownik syci ognie dwa razy na dzień: gdy słońce wstaje sponad wielkiej rzeki i gdy zachodzi poza czarne bory. Oto już nadszedł jego czas wieczorny. Puma idzie dołożyć świeżych gałęzi cedru, suchych krzów leszczyny i zbielałych kości. Potem pójdzie Puma złożyć strudzoną głowę w wigwamie za osadą, bo we wsi zmarłych żywym spać nie wolno.

Ostatnie słowa wymówił starzec z naciskiem, dając nam do zrozumienia, że na nocleg we wsi liczyć nie możemy. Potem wyprostował swą zawiędłą postać i ruszył ku wyjściu. Poszliśmy za jego przykładem.

Na dworze tymczasem ściemniło się gwałtownie. Zapaliliśmy ślepe latarnie i poprzedzani przez Indianina wydostaliśmy się na linię obwodu. Tutaj Puma pożegnał nas krótko, powierzając opiece Wielkiego Ducha i życząc nocnego spoczynku, po czym zniknął w drzwiach najbliższej chaty. Odszedłszy parę kroków widzieliśmy jeszcze z oddali, na tle czeluści chaty rozświecanej blaskiem ognia, jego czarną, zgarbioną sylwetę uwijającą się koło paleniska; Indianin przykucnął na ziemi, rozdmuchiwał żar, dorzucał drew. Postać jego rzucona ostro na przekrwawiony ekran wnętrza oglądała dziko jakoś i tajemniczo. I długo jeszcze przypatrywałem mu się w milczeniu, dopóki nie wezwał mnie na wieczerzę Ben, który tymczasem rozbił nasz przenośny namiot i rozniecił ogień. Wkrótce potem zasnęliśmy strudzeni znojami dnia snem mocnym i krzepkim...

Gdy nazajutrz obudziłem się wczesnym rankiem, Bena ż w namiocie nie było. Zjadłem więc śniadanie sam i czekałem na powrót towarzysza.

Przede mną o jakie pięćdziesiąt kroków dymiła osada wszystkimi otworami. Dzisiaj dymy wyglądały odmiennie. O ile wczoraj wieczorem położyły się, przewalając bezładnie jedne przez drugie, splecione kędziorami w wielkie, kotłujące, mlecznobiałe cielsko — teraz wyodrębnione, każdy nad swą chatą, strzelały prosto w górę.