— Jak to cóż?! Goddam! Oszalałeś?! Zostajemy tutaj i eksploatujemy teren.
— To niemożliwe. Jeśli złoża przeszywają istotnie wieś...
— To przekopiemy wieś.
— To wykluczone. Przynajmniej z mojej strony. Nie przyłożę ręki do tego.
— Zwariowałeś? Dlaczego?
— Ze względu na Pumę i to miejsce. Obiecuję ci moją pomoc tylko do linii chat. Gdyby żyła rzeczywiście sięgała poza nią, wycofam się, zrzekając dalszych zysków z podziału.
— Jak chcesz — odparł sucho Ben. — Też fantazja pozbawiać się dla głupiej chimery tak pięknego zarobku.
— Nie mogę inaczej.
I na tym stanęło. Ben zniósł z naszego pierwotnego obozowiska potrzebne przyrządy i zabraliśmy się do pracy. Złotonośna żyła poczynała się w niewielkiej odległości od osady w stronie zachodniej, pod wzgórzem cedrowym, i zmierzała ku chatom. Pas szlachetnego kruszcu był zwarty i wąski; pokładów widocznie szła raczej wzdłuż niż na szerokość. Toteż po dwóch tygodniach oskardy nasze dotarły tuż pod samą wieś.
Przez cały ten czas Puma nie dawał o sobie znaku życia; nie wychodził poza obręb osady, chyba pod noc do swego szałasu po tamtej stronie koliska, i to chyłkiem, jakby w obawie, byśmy go nie zaczepili; widocznie unikał nas. Lecz niezawodnie starzec śledził z daleka postępy pracy, patrząc z niepokojem na zbliżającą się ku chatom wężową linię rywocin.