— Dusiłeś się? — zapytałem odbierając mu siekierkę z ręki.
— Ale gdzież tam! Wiesz, to szczególne! Te dymy nie duszą — możesz wśród nich oddychać jak wśród gęstej igły lub chmury.
— Więc dlaczego jesteś tak czerwony?
— Poparzyłem się — syknął, wskazując wyraźne ślady oparzelin na rękach, piersi i twarzy. — One nie duszą, lecz pieką.
— To dziwne — zauważyłem. — Gdyśmy przed dwoma tygodniami włóczyli się po osadzie, nie czułem ani śladu gorąca.
— Hm... i ja także. Dopiero dzisiaj... Jakiś przeklęty kierunek wiatru czy zmienione składniki paliwa. Do diaska! Masz oliwę?
— Zapas w namiocie nietknięty.
— Muszę wetrzeć porządnie w skórę, bo piecze diabelnie.
Wyliżę się za parę dni, ale potem! — Podniósł pięść ku dymom:
— Zobaczymy, kto ustąpi!