Charousek! Biedny człowiek! Jak brat troszczył się o mój los. Dlatego tylko, że ja kiedyś ofiarowałem mu sto florenów. Gdybym choć jeszcze raz mógł mu rękę uścisnąć.
Czułem to: miał słuszność; ten dzień nigdy nie przyjdzie.
Widziałem go okiem wspomnienia: jego płomienne oczy, suchotnicze438 ramiona, wysokie, szlachetne czoło.
Być może wszystko to poszłoby zupełnie inaczej, gdyby jaka pomocna ręka w czas439 pokierowała tym zmarnowanym życiem.
Jeszcze raz przeczytałem list od początku do końca.
Ile metody było w obłędzie Charouska! Czy on zresztą w ogóle był obłąkany?
Wstydziłem się niemal sam siebie, żem tę myśl miał jedną chwilę w głowie.
Czyż jego postępowanie nie było dość wyraźne? Był on człowiekiem jak Hillel, jak Miriam, jak ja sam; człowiekiem, nad którym dusza własna przemoc zdobyła — prowadząc go poprzez dzikie otchłanie i zagłębia życia do świata przeszłorocznych śniegów jakiej niedostępnej krainy.
On, który całe życie knował440 zabójstwo, czyż nie był czystszy niż niejeden z tych, co głoszą wyuczone nakazy jakiegoś nieznanego, mitycznego proroka, unikając zarazem ich wykonywania?
On zaś spełnił przykazanie, które mu dyktował przemożny popęd, nie licząc na żadne wynagrodzenie ani z tej, ani z tamtej strony bytu.