Nocami nawet byłem czujny. Kwadrans ledwie sypiałem.
Co wieczór powtarzała się najściślej ta sama scena: czekał z wielkim szacunkiem, aż się rozciągnę na pryczy; wówczas zdejmował ubranie, starannie je gładził, potem wieszał — i tak dalej — i tak dalej.
Jednej nocy — była może godzina druga nad ranem — wstałem jak pijany ze snu na desce ściennej, spoglądałem w pełnię księżycową, której promienie odbijały się jak migocąca oliwa na miedzianej twarzy zegara wieżowego i ze smutkiem rozmyślałem o Miriam.
Nagle usłyszałem cicho jej głos za sobą.
Natychmiast stałem się czujny, nadzwyczaj czujny — odwróciłem się i nasłuchiwałem. — Minuta czasu przeszła.
Sądziłem już, żem się omylił, ale znów usłyszałem ten głos.
Nie mogłem dokładnie rozumieć słów, ale brzmiało to jakby: „Pytaj mnie! Pytaj”.
Był to głos Miriam.
Chwiejąc się z podniecenia, zeszedłem, jak mogłem najciszej, z deski — i zbliżyłem się do pryczy Lapondera.