Gdy dobry stary patrzył na mnie tak litościwie, gorąco wstrząsnęło to mną aż po serce.
Gdyby wiedział, jak mnie bolało jego współczucie!
Nie dosłyszałem pierwszych słów, od których Zwak rozpoczął opowiadanie — wiem tylko, tak mi jakoś było, jakby krew powoli wypływała ze mnie. Było mi coraz zimniej i nieruchomiałem, jak wówczas, gdy jako drewniana głowa leżałem na kolanach Vrieslandera.
Potem nagle wpadłem w środek opowiadania, które mi dziwnie duszę otulało, jak martwa część jakiejś szkolnej książki. —
Zwak zaczął:
— Opowiadanie o uczonym prawniku doktorze Hulbercie i jego batalionie. — — — No, co mam wam powiedzieć: twarz miał pełną brodawek i krzywe nogi, jak jamnik.
Jeszcze jako młodzieniec nic nie znał poza nauką.
Z tego, co męcząco zarabiał udzielaniem lekcji, musiał jeszcze utrzymywać chorą matkę. Myślę, że tylko z książek wiedział, jak wyglądają zielone łąki, gaje oraz pagórki pokryte kwiatami i lasy.
Sami wiecie, jak mało promieni słonecznych pada na ciemne uliczki Pragi.
Doktoraty zdał z odznaczeniem: to się rozumie samo przez się. No i z czasem został sławnym jurystą134. Tak sławnym, że wszyscy — sędziowie, notariusze, starzy adwokaci — przychodzili do niego po światło, gdy czego nie wiedzieli. Przy tym żył ubogo, jak żebrak, na poddaszu, którego okno wyglądało na podwórze.