— Damy i panowie, których Pan tu widzi zebranych — eh, eh — to są moje miłe i przyjemne goście! Jego Wysokość niedbałym ruchem ręki wskazuje zgromadzoną gawiedź158:
— czy nie zechciałby pan, panie komisarzu — eh — być przedstawiony temu państwu?
Komisarz odmawia z przymuszonym uśmiechem, szepce coś przy okazji o „smutnym obowiązku” i ostatecznie kończy tymi słowy159:
— Widzę, że tu się wszystko wcale160 przyzwoicie odbywa.
Słowa te budzą życie w rotmistrzu dragonów: spieszy w głąb po kapelusz damski ze strusimi piórami — i w następnej chwili śród wybuchów śmiechu młodych paniczów wyciąga Rozynę na środek sali, objąwszy ją ramieniem. —
Rozyna chwieje się od trunku; oczy ma zamknięte. Wielki, drogi kapelusz leży jej krzywo na głowie; ona zaś nie ma na sobie nic prócz długich różowych pończoch — i męski frak na gołym ciele. —
Na dany znak muzyka jak szalona gra „Rititit, Rititit” — — — — i pochłania gardłowy krzyk, który wydał stojący pod ścianą głuchoniemy Jaromir, zobaczywszy Rozynę.
— Chcemy wyjść!
Zwak woła kelnerkę.