Opieram się o ławkę. Krew moja dziwnie się uspokaja w tym królestwie nieruchomości.
Życie bez uderzeń serca napełniało przestrzeń — tajemnicze, cierpliwe oczekiwanie.
Srebrne skrzyneczki z relikwiami leżały we śnie wiekuistym.
Oto z wielkiej, wielkiej oddali przenikał turkot kopyt końskich przytłumiony, ledwie wyczuwalny uchem, jakby chciał się przybliżyć i milknąć.
Matowy dźwięk, jak kiedy turkot kół ścicha.
Szelest jedwabnej sukni zbliżył się do mnie i subtelna, wytworna kobieca ręka dotknęła się mego ramienia.
— Proszę, proszę — chodźmy tam pod kolumnę; przykro by mi było tu koło klęczników mówić z panem o rzeczach, o których mam mu powiedzieć.
Uroczyste obrazy dokoła wypłynęły w trzeźwej jasności, światło nagle mi się jawiło.
— Nie wiem wcale, jak mam Panu dziękować, mistrzu Pernath, że Pan był łaskaw na tak brzydką niepogodę zrobić dla mnie tak daleką drogę.