Wszyscy mi zarzuty czynili, gdym opuszczał dom. Matka zemdlała półmartwa, siostra z daleka dawała mi znaki powrotu, a druga płakała, Amonaria, ta dzieweczka, którą spotykałem co wieczór u studni, gdy poiła krowy. Biegła za mną. Pierścienie na jej nogach świeciły w pyle, a tunika na biodrach otwarta ulatywała wiatrem kołysana. Stary pustelnik, który mnie uprowadzał, lżył ją urągliwie. Nasze dwa wielbłądy ciągle pędziły galopem — i już nie widziałem nikogo.

Naprzód za mieszkanie wybrałem mogiłę jakiegoś faraona. Ale nieznany czar krąży w tych zamkach podziemnych, gdzie mroki dyszą zgęszczonym kadzidłem aromatów odwiecznych. Z głębi sarkofagów słyszałem głos jękliwy, który mnie przyzywał; albo też nagle w oczach mi się ożywiały rzeczy okropne malowane na ścianach grobowca, i uciekłem stamtąd aż na brzegi Morza Czerwonego i ukryłem się w twierdzy powalonej w gruzy. Tam za towarzyszów miałem skorpiony pełzające śród kamieni, a nad głową moją szybowały wciąż po błękitnym niebie orły białe i czarne. W nocy rozdzierały mnie szpony, kąsały mnie dzioby, muskały miękkie skrzydła, a straszliwe demony, hucząc w mych uszach, przewracały mnie na ziemię. Raz nawet wędrowcy z karawany idącej do Aleksandrii dopomogli mi i wzięli mnie ze sobą. Wtedy zapragnąłem się uczyć u dobrego starca Dydyma4. Chociaż był on niewidomy, nikt mu nie mógł dorównać w znajomości Pisma Świętego. Prowadziłem go na Paneum5, skąd widać latarnię i szerokie morze. Później wracaliśmy przystanią, gdzie spotykaliśmy ludzi różnych narodowości, od Cymbrów6 przyodzianych w skóry niedźwiedzie aż do gymnosofistów7 znad Gangesu, przepasanych okrajką ze skóry krowiej. Ale wciąż jakieś bójki były tam na ulicach, już to z powodu Żydów, którzy nie chcieli płacić podatku, już to z powodu buntowników, którzy chcieli wypędzić Rzymian. Zresztą miasto jest pełne heretyków, wyznawców Manesa8, Walentyna9, Bazylidesa10, Ariusza11, a każdy cię zaczepia, spór z tobą zaczyna, chce cię przekonać.

Mowy ich czasami budzą się w mej pamięci. Na próżno staram się nie zwracać uwagi, niepokój mnie ogarnia.

Uszedłem do Kolzim12, a pokuta moja była tak wielka, że już nie lękałem się Boga. Pewna gromadka zebrała się koło mnie, by prowadzić życie pustelnicze. Przepisałem im reguły praktyczne, wrogie szaleństwom gnozy13 i gadaninom filozofów. Ze wszech stron przysyłano mi gońców. Przychodzili też ludzie z daleka, by tylko mnie zobaczyć.

Jednakże lud nękał wyznawców i żądza męczeństwa pociągnęła mnie do Aleksandrii. Prześladowanie od trzech dni się zakończyło.

Kiedym powracał, ogromna fala ludzi zatrzymała mnie przed świątynią Serapisa14. Był to, jak mówili, ostatni przykład, jaki chciał dać wielkorządca. Pośrodku portyku15, w pełni słońca, naga kobieta stała przywiązana do słupa, a dwaj żołnierze biczowali ją rzemieniami. Przy każdym uderzeniu całe jej ciało wiło się i przeginało. Odwróciła się, usta miała otwarte — i oto ponad tłumem, poprzez długie jej włosy, zasłaniające twarz, zdawało mi się, żem poznał Amonarię.

A jednak... tamta była wyższa... i cudnie piękna...

Czoło pociera dłońmi.

Nie, nie! Ja nie chcę o tym myśleć.

Innym razem Atanazy16 mnie wezwał, abym mu dopomógł przeciw arianom17. Skończyło się na obelgach i bójce. Ale od tej chwili oczerniono go, odebrano mu biskupstwo, musiał uchodzić. Gdzie teraz przebywa — nie wiem zupełnie. Nikt się teraz nie stara przynosić mi nowiny. Wszyscy uczniowie mnie opuścili, nawet Hilarion18.