Cień rogów diabła ukazuje się znowu.

Mógłbym był stać przy słupie męczeńskim koło ciebie, patrzeć w twoje oczy i odpowiadać na twe jęki swymi westchnieniami, a boleści nasze i dusze nasze zlałyby się i zjednoczyły ze sobą.

Biczuje się z furią.

Masz, masz! Jeszcze dla ciebie!... Ale oto jakieś przenika mnie łechtanie! Co za męczarnia! Co za rozkosz! Są to niby pocałunki! Szpik mój omdlewa! Ach, umieram!

I naraz dostrzega oko w oko trzech jeźdźców na dzikich osłach, z liliami w ręku, a wszyscy są do siebie podobni jak krople wody.

Antoni się odwraca i widzi trzech innych jeźdźców podobnych, na takich samych osłach, w takiej samej postawie.

Cofa się. Wówczas osły, wszystkie naraz, idą krok naprzód i pocierają mordę o niego, chcąc mu włosiennicę rozedrzeć. Słychać okrzyki: „Tędy, tędy! tutaj!” I śród szczelin górskich ukazują się chorągwie i głowy wielbłądów w uździenicach z czerwonego jedwabiu, potem muły z wielkimi ciężarami na grzbietach, potem kobiety pokryte żółtymi zasłonami, siedzące okrakiem na srokatych koniach.

Zadyszane bydlęta kładą się na ziemi, niewolnicy śpieszą, rozciągają pstre dywany, rozkładają na ziemi rzeczy świecące.

Biały słoń, w łusce ze złotych nici, nadchodzi potrząsając bukietem strusich piór na czole. Na jego grzbiecie, śród poduszek z wełny niebieskiej, skrzyżowawszy nogi, półzamknąwszy powieki, kołysząc głową — siedzi kobieta tak prześwietnie odziana, że promienie rzuca dookoła... Tłum pada na twarz, słoń klęka i

KRÓLOWA SABY