Kupcy aleksandryjscy w dni świąteczne żeglują po rzece Kanopie21 i piją wino w kielichach z lotosu, przy huku bębnów, od którego się trzęsą nadbrzeżne gospody. Dalej tam, drzewa w stóg wycięte chronią spokojne folwarki od wiatrów południa. Dach głównej chaty opiera się na małych słupkach, tak bliskich jak sztachety w parkanie. A wewnątrz gospodarz, siedząc na wysokim krześle, baczy na wszystkie równiny dokoła siebie: dostrzega żniwiarzy wśród zboża, tłocznie, gdzie wino zbierają, woły młócące słomę. Dzieci jego igrają na ziemi, a żona się przechyla do uścisku.
W białawej ciemności nocy widać tu i ówdzie pyski ostro zakończone, uszy proste i oczy świecące. Antoni idzie ku nim. Żwir chrzęści. Zwierzęta uchodzą. Było to stado szakali.
Jeden pozostał i stoi na dwóch nogach, z ciałem wygiętym spiralnie, a głową w bok wykręconą, w postaci pełnej niedowierzania.
Ach! i on pobiegł do innych! Co za samotność! co za tęsknica!
Śmiejąc się gorzko.
Piękne to życie z palmowych pni rzeźbić łopaty, pleść koszyki, wiązać rogoże i wymieniać to koczownikom na chleb, który łamie ci zęby! O, nędzo moja! Czyż to się nigdy nie skończy? Nie mogę już, nie mogę! Dosyć, dosyć!
Tupie nogą i szybkim krokiem zaczyna błądzić wśród skał. Naraz zatrzymuje się bez tchu i wybucha łkaniem ogromnym, potem rzuca się na ziemię, na twarz...
Noc cicha. Drżą gwiazdy niezliczone. Słychać tylko szelest tarantul.
Ramiona krzyża wielkim cieniem padają na piasek. Antoni we łzach dostrzega cień.
Czyżem tak słaby, o Boże! Odwagi, wstańmy!