Antoni dostrzega wyraźnie poprzez bambusy las kolumn wysokich, barwy szarobłękitnej. Są to pnie drzewa, pochodzące z jednego pnia. Z każdej gałęzi wychodzą inne gałęzie, które się pogrążają w ziemi, i całość tych linii pionowych i poziomych, nieskończenie urozmaicona, stanowiłaby jakieś potworne rusztowanie, gdyby od czasu do czasu nie rosły tu figi o liściach czarniawych, jak liście sykomorów.
Antoni spostrzega w ich zagłębieniach grona kwiatów żółtych, kwiaty fioletowe i paprocie, podobne do piór skrzydlatych ptaków.
U najniższych gałęzi ukażą się czasami rogi bawołu lub jasne oczy antylopy; papugi drzemią, motyle fruwają, jaszczurki pełzają, ropuchy brzęczą; i śród milczenia słychać jakby pulsowanie rozlewnego życia.
U wejścia do lasu, na rodzaju stosu, rzecz dziwna: siedzi człowiek, owinięty krajką ze skóry krowiej, nagi całkowicie, suchszy niż mumia; stawy jego tworzą węzły u kończyn, które wyglądają niby kije. W jego ustach gnieżdżą się ślimaki, twarz ma wydłużoną, nos jak dziób krogulca. Ramię jego lewe, wystawione prosto na powietrze, zesztywniało jak pień. Siedzi on tu od bardzo dawna, od chwili, gdy ptaki w jego włosach uwiły gniazdo.
Z czterech stron jego stosu płoną cztery ognie. Słońce świeci wprost naprzeciw niego. On spogląda na nie szeroko rozwartym okiem i nie patrząc na Antoniego, pyta:
Braminie znad brzegów Nilu, cóż ty o tym powiesz?
Płomienie wychodzą ze wszech stron przez otwory belek, a
GYMNOSOFISTA
mówi dalej
Jak nosorożec pogrążyłem się w samotności. Zamieszkałem drzewo za sobą.