ANTONI
wołając
O, gdybym miał wodę święconą!
Płomień gaśnie, wywołując wiele dymu.
Ennoia i Szymon zniknęli.
Mgła nadzwyczaj zimna, nieprzezroczysta i cuchnąca napełnia powietrze.
ANTONI
wyciągając ramiona jak ślepy
Gdzie jestem?... Lękam się spaść w otchłań. A krzyż zapewne daleko ode mnie. O co za noc, co za noc!
Od uderzenia wiatru mgła pryska. Antoni dostrzega dwóch ludzi przyodzianych w długie białe płaszcze. Pierwszy jest wysokiego wzrostu, twarz ma łagodną, postawę poważną. Jego jasne włosy, rozdzielone jak włosy Chrystusa, prawidłowo spadają mu na ramiona. Rzuca pałeczkę, którą miał w ręku, a którą chwyta jego towarzysz z ukłonami na sposób wschodni. Ten ostatni jest mały, gruby, płaskonosy, kark ma skłębiony, włosy kędzierzawe, twarz dobroduszną. Obaj idą boso, z gołą głową i kurzem pokryci, jak ludzie, co z dalekiej przychodzą podróży.