— Wiem, to jest pięć minut stąd. Ponieważ nie mam nic do roboty, odprowadzę pana.
I poszliśmy.
Wkrótce doszliśmy do ulicy, której szukałem. Byłato wielka, dosyć ładna ulica, na skraju miasta i pól. Spoglądałem po domach i dojrzałem numer 17. Dom przedstawiał się jakby pewnego rodzaju hotel, z ogrodem z tyłu. Front ozdobiony freskami, o stylu włoskim, robił wrażenie złego gustu. Widziało się boginie nachylone nad urnami, to znów inne, okryte lekkim obłokiem, kryjącym ich sekretne wdzięki. Dwa rzeźbione amorki podtrzymywały numer domu.
Odezwałem się do skarbnika:
— To tutaj się udaję.
Podałem mu rękę na pożegnanie. Zauważyłem, że zrobił nagły, dziwny ruch, nic jednak nie rzekł i uścisnął moją wyciągniętą rękę.
Zadzwoniłem. Zjawiła się służąca, zapytałem ją:
— Czy tu mieszka pan Patience?
— Tutaj proszę pana... Czy z nim samym pragnie się pan zobaczyć?
— Ależ, tak.