— Mam cię wreszcie tchórzu.

Spoglądałem na niego oniemiały z zadziwienia:

— Ależ mój drogi... winszuję ci, zmieniłeś się tak od tych sześciu miesięcy.

On zaczerwienił się i odrzekł z dwuznacznym uśmiechem:

— Robi się co można mój drogi.

Patrzałem na niego z uporem, który go widocznie żenował.

— A zatem jesteś wyleczony?

On szybko odpowiedział.

— Tak, tak, — zupełnie — dziękuję ci. — Potem zmieniając ton. — Jakże się cieszę, że cię spotkałem mój stary, będziemy się teraz znowu częściej widywali, nieprawdaż?

Ja jednak nie chciałem opuścić mego zamiaru dowiedzenia się czegoś więcej od niego. Zapytałem go wprost: