— A gdyby tak otworzyć nieco okno? Jest im za gorąco. Jestem pewna, że rozchorują się.
Zwróciłem się do Marchas:
— Otwórz na chwilę okno.
Gdy okno otworzył, zimne powietrze wionęło poruszając płomienie świec i rozpraszając zapach gęsiny, którą proboszcz z serwetą na szyi, umiejętnie na kawałki dzielić począł.
Zaciekawieni tą jego powabną pracą, spoglądaliśmy na jego ruchy rąk, zaprzestawszy mówić, połykając ślinę na widok tego dużego wypieczonego ptaka, z którego kawałki odpadały jeden po drugim na boki półmiska.
Nagle wśród tego łakomego milczenia wpadł przez otwarte okno odgłos dalekiego wystrzału.
Zerwałem się tak prędko, że krzesło moje w tył się potoczyło i zawołałem:
— Wszyscy na koń! Ty Marchas weźmiesz dwóch ludzi i pojedziesz dowiedzieć się co się stało. Za pięć minut masz wrócić.
Podczas gdy trzech kawalerzystów oddalało się galopem w noc ciemną, ja wskoczyłem na siodło i z moimi dwoma innymi huzarami stałem przed gankiem willi, proboszcz zaś, siostra i trzy babki wystraszeni, wyglądali przez okna.
Nie było nic słychać, jak tylko szczekanie psa z oddali. Deszcz przestał padać, zimno wzmagało się. Wkrótce dał się słyszeć znowu galop jednego konia, który powracał.