Odrzekł:
— Znalazłem dobre schronienie.
Wkrótce zatrzymał się przed małym mieszczańskim domkiem, stojącym przy ulicy, z ogrodem od tyłu.
Wielkim kamieniem, podniesionym z ulicy rozbił zamek, przeszedł podwórze, wywalił drzwi kopnięciem, zapalił świeczkę, której kawałek miał zawsze przy sobie i wprowadził nas do wygodnego, z komfortem i bogato urządzonego mieszkania, z taką podziwienia godną swobodą, jak gdyby długi czas przeżył w tym domu, który widział poraz pierwszy.
Dwóch ludzi przy koniach zostało przed domem.
Marchas zawołał do grubego Ponderel, który szedł za nim:
— Stajnie muszą być na lewo — spostrzegłem to wchodząc — idź i ulokuj tam konie, które nie będą nam potrzebne.
Potem zwracając się do mnie:
— Wydaj rozkazy, do pioruna!
Zadziwiał mnie zawsze ten wesoły chłopak. Śmiejąc się odrzekłem: