Posłyszałem obrót klucza w zamku i znalazłem się wobec wielkiego, o wypukłem brzuchu księdza, mającego ramiona szerokie jak siłacz, ogromne ręce wychodziły z zakasanych rękawów, o różowej cerze twarzy, — wszystko to zdradzało dzielnego człowieka.
Powitałem go ukłonem wojskowym.
— Dzień dobry księże proboszczu.
On obawiał się zapewne napaści, zasadzki ze strony włóczęgów, lecz na mój widok uśmiechnął się i odpowiedział:
— Dzień dobry mój przyjacielu, raczy pan wejść. Wszedłem za nim do małego pokoju w którym palił się nędzny ogień, tak bardzo odróżniający się od ogniska roznieconego przez Marchas.
Wskazując mi krzesło zapytał:
— Czem mogę panu służyć?
— Pozwoli ksiądz proboszcz, że mu się najpierw przedstawię.
I podałem mu moją kartę.
Wziął ją do ręki i półgłosem czytał: