21 lipca — Jadłem obiad w Bougival, poczem spędziłem wieczór na zabawie wioślarzy. Stanowczo wszystko zależy od otoczenia i miejsca. Wierzyć w rzeczy nadnaturalne na wysepce Kałuża byłoby skończonym idyotyzmem... ale na szczycie góry św. Michała?... ale w Indyach?... Pozostajemy w straszliwej zależności od wpływów wszystkiego, co nas otacza. Wracam do siebie najbliższego tygodnia.

30 lipca — Przyjechałem do domu wczoraj. Wszystko jak najlepiej.

2 sierpnia — Nic nowego: pogoda przecudna. Spędzam dnie na przypatrywaniu się falom płynącej Sekwany.

4 sierpnia — Kłótnie wśród mojej służby. Utrzymują, że w nocy tłucze ktoś szklanki w szafach. Lokaj obwinia kucharkę, ta wini praczkę, a ta znów innych dwoje. Kto z nich właściwie winien? — mądry, kto zgadnie.

6 sierpnia — Tym razem nie jestem szalony!... Widziałem! widziałem! widziałem!... Nie mogę już teraz wątpić... widziałem!... Do tej chwili zimno przejmuje mnie po same końce palców... do szpiku kości przenika mnie strach... Widziałem!...

Przechadzałem się o godzinie drugiej po słońcu wśród moich szklarni z różami... szpalerem róż jesiennych, które poczynają obecnie kwitnąć.

Zatrzymawszy się właśnie przed jedną z nich, aby obejrzeć trzy wspaniałe kwiaty, jakiemi się pyszniła, ujrzałem — ale to ujrzałem najwyraźniej, o krok odemnie, jak łodyżka jednej z nich zgina się, niby pod naciskiem niewidzialnej ręki, poczem nagle złamała się, jak gdyby kwiat zerwano!... W ślad za tem róża uniosła się, opisując łuk, jakiby zakreśliła ręka, podnosząca ją ku czyjejś twarzy i zatrzymała się, zawieszona w przeźroczem powietrzu, tworząc niepołączoną z niczem, nieruchomą, straszliwą pąsową plamę tuż przed mojemi oczyma...

Skoczyłem w jej stronę jak szaleniec, by ją uchwycić!... Nic nie znalazłem; zniknęła. Wówczas porwała mnie nieopisana wściekłość na samego siebie... Bo czyliż wypada człowiekowi poważnemu i rozsądnemu dopuszczać do siebie podobne halucynacye?!...

Ale czy to była rzeczywiście halucynacya?... Odwróciłem się, ażeby obejrzeć łodyżkę, i odnalazłem ją natychmiast na krzaku, świeżo złamaną, pomiędzy dwiema tamtemi różami, które pozostały na swojej gałązce nietknięte...

Wówczas wróciłem do pokoju, cały wzburzony, gdyż jestem teraz pewien — pewien jak tego, że po dniu następuje noc!... — istnienia w mem pobliżu istoty niewidzialnej, która żyje wodą i mlekiem, może dotykać przedmiotów, chwytać je i przenosić z miejsca na miejsce, jest zatem natury materyalnej, aczkolwiek niepoznawalna dla zmysłów naszych, i że istota ta mieszka jak ja pod moim dachem...