Przedemną moje łóżko, stare łóżko dębowe, z kolumnami, na prawo kominek, na lewo drzwi starannie zamknięte, które czas dłuższy pozostawiłem otworem, aby go przywabić; za mną bardzo wysoka szafa z lustrem, przed którem codzień zrana goliłem się, ubierałem i miałem zwyczaj przeglądać się od stóp do głowy, ilem razy koło niego przechodził.
Owóż zacząłem udawać, że piszę, aby go zmylić, bo i on szpiegował mnie także; naraz uczułem, ale to uczułem z całą pewnością, że czyta mi przez ramię, że jest tuż przy mnie, że się ociera o moje udo.
Wówczas zerwałem się z wyciągniętemi rękoma i odwróciłem tak szybko, żem o mało przy tem nie upadł. I cóż?... W pokoju było jasno jak w biały dzień — a ja się nie ujrzałem w zwierciedle!... Było puste, jasne, wgłębione, pełne światła!... Nie było w niem mego odbicia a stałem przecie nawprost niego!... Widziałem tuż przed sobą, w całej wielkości, tylko przeczystą taflę szklaną. I zapatrzyłem się w nią oszalałemi oczyma, nie śmiąc postąpić kroku, nie śmiąc się poruszyć, czując wszakże, że on tu jest, lecz że mi się jeszcze wymknie tym razem, — on! którego nieuchwytne ciało zasłoniło w lustrze me odbicie.
W jakimże byłem strachu!... Po chwili zacząłem nagle widzieć samego siebie w głębi źwierciadła jak przez mgłę, jakby przez warstwę wody; wydało mi się, że ta woda przesuwa się od lewej strony ku prawej, zwolna, przywracając tem samem z każdą sekundą mojemu odbiciu coraz to większą wyrazistość! Był to jak gdyby koniec zaćmienia. To, co mnie do tej chwili przesłaniało, zdawało się nie posiadać ściśle określonych zarysów, lecz pewien rodzaj półprzeźroczystości, rozpływającej się nieznacznie.
Nareszcie mogłem ujrzeć siebie wyraźnie, jak codzień, w mojem lustrze.
Otóż widziałem go! Przerażenie nie opuszcza mnie od tej chwili czuję dotąd dreszcze.
20 sierpnia — Zabiłbym go — lecz jak? skoro nie mogę go dosięgnąć rękoma?... Przez otrucie?... Zobaczy, jak będę truciznę mięszał z wodą... Pytanie zresztą, czy zabójcze dla nas trucizny będą tak samo oddziaływać na jego niepochwytne ciało? Nie — bez żadnej wątpliwości. A więc?... A więc?...
21 sierpnia — Kazałem sobie sprowadzić z Rouen ślusarza, aby sporządził do mego pokoju żelazne okienice, jakie są w Paryżu na parterze niektórych domów prywatnych dla ochrony przed złodziejem. Zrobi mi również takie same drzwi. Zrobiłem z siebie w ten sposób tchórza, lecz mało mnie to obchodzi.
10 września — Rouen, hotel kontynentalny. Stało się... stało się... czy zginął jednak?... Jestem do głębi duszy wzburzony tem, na co patrzyły moje oczy.