Jak zwykłem to obecnie czynić co wieczór, zamknąłem za sobą drzwi sypialni na klucz; ponieważ mi się chciało pić, wypiłem pół szklanki wody i zauważyłem przypadkiem, że karafka jest napełniona po sam korek z kryształu.

Następnie położyłem się i zapadłem niebawem w jeden z tych moich strasznych snów, z którego w dwie godziny potem zbudziło mnie jeszcze straszliwsze wstrząśnienie.

Wystawcie sobie człowieka śpiącego, na którym spełniają mord, i który się budzi z nożem w płucach, charcząc, zbroczony krwią, niezdolny złapać tchu... i kona... nie wiedząc, co się z nim dzieje...

Zdoławszy w końcu odzyskać przytomność, uczułem znowu pragnienie, zapaliłem więc świecę i poszedłem do stołu, na którym stała karafka. Podnoszę ją, przechylam nad szklanką — nie wypłynęła ani kropelka. Była próżna!... była kompletnie próżna!... Zrazu nie mogłem pojąć, co się stało; nagle przejęło mnie wzruszenie tak straszliwe, że musiałem usiąść, a raczej, że padłem na krzesło. Wnet jednak zerwałem się jednym susem, rozglądając się dokoła. A potem usiadłem znowu, zdumiony i przerażony aż do obłędu!... w obliczu tego przeźroczystego kryształowego naczynia, w którem nie było ani kropli... Wpiwszy w nie wytrzeszczone oczy, siliłem się na przeniknięcie zagadki!... Ręce mi się trzęsły... Więc woda została wypita!... Kto ją wypił?... Ja?... Bez wątpienia ja sam... Nikt innny przecie nie mógł jej wypić, oprócz mnie... lecz w takim razie byłem somnambulikiem, żyłem — sam o tem nie wiedząc — owem tajemniczem, podwójnem życiem, które każe powątpiewać, czy w nas przypadkiem nie mieszkają dwie istoty, lub też czy jakaś istota obca, niewidzialna i niepoznawalna, nie owłada chwilami, gdy dusza nasza pogrąży się we śnie — naszem ciałem, posłusznem jej, jak nam samym, więcej niżeli nam samym.

I któż zdoła objąć okropny mój strach?... Kto pojmie wzruszenie człowieka zdrowego na umyśle, zupełnie otrzeźwionego ze snu, rozsądnego, który patrzy z przerażeniem na wskróś szklanej karafki, gdzie znikło trochę wody w czasie jego snu!... Siedziałem tak do białego dnia, nie śmiąc do łóżka wracać.

6 lipca — Jestem blizki obłędu. Ktoś wypił znowu całą karafkę tej nocy; a raczej ja... chyba ja ją wypiłem.

Ale — czyż ja?... Czy ja?!... Lub — kto?... Kto?!... — Boże mój! Ja oszaleję!... Któż mnie ocali?...

10 lipca — Poczyniłem zadziwiające spostrzeżenia.

Stanowczo! jestem waryatem!... A jednak!...

Dnia 6 lipca, przed położeniem się spać, postawiłem u siebie na stole wino, mleko, wodę, chleb i poziomki.