— Okryj się nim, Gotfrydzie. Nabrał on przez twój uczynek cudownej mocy.

Gotfryd zarzucił płaszcz na ramiona i w tej samej chwili usłyszał radosny okrzyk Roksany:

— Jesteś! Widzę cię!

I poczuł jej ręce na swojej szyi. Okrył ją tedy płaszczem i wówczas ujrzał jej złotą głowę na swoich piersiach. Porwał więc ją na ręce i co sił biec z nią począł ku chatce pustelnika.

A kiedy zgasły gwiazdy i zaświtała jutrznia106 poranna, Gotfryd i Roksana byli już daleko od królestwa ciemności i przepaści.

Jechali razem białą drogą wśród białego lasu, a Gotfryd trzymał Roksanę przed sobą na siodle i rozmawiali ze sobą o zaczarowanym ogrodzie, o zaczarowanym ogrodzie, w którym tysiące motyli o tęczowych skrzydłach tańczy w słońcu. A las stał biały i cichy, jak panna młoda w dzień wesela. A sople lodowe błyszczały w słońcu jak diamenty. A od śniegu zdawała się bić srebrna łuna.

Ale w głębi puszczy mieszkało czterdziestu straszliwych zbójców, co grabili podróżnych po drogach. Tedy ich przywódca, hersztem zwany, ujrzał, jak lśni złota zbroja Gotfryda i złote włosy księżniczki Roksany pomiędzy drzewami, i zwoławszy towarzyszy rzecze:

— Zbroja tego rycerza waszym będzie łupem, a ta cudna dziewka, którą przed sobą w siodle trzyma, moim!

Wzięli więc maczugi i toporzyska, i noże, i dzidy, i mieczyska okrutne i z dzikim krzykiem ze wszystkich stron Gotfryda opadli.

Hej! Szkoda, żeście tam nie byli, szkoda, żeście nie widzieli, jak potykał się w owej puszczy Gotfryd Zwycięzca z czterdziestoma zbójami!