A odparł mu Gotfryd, uśmiechając się dziwnie:

— Nie, giermku, nieprędko wrócę, najpewniej już nigdy!

I dosiadłszy rumaka pojechał Gotfryd w stronę Montclaire’u. Jechał Gotfryd dwa dni i dwie noce, aż na trzeci dzień pod murami zamku hrabiego Alberta stanął i w róg zatrąbił.

Wszedł tedy na mury wartownik i zawołał:

— Czego żądasz, obcy rycerzu? Czy w gościnę do dostojnego pana mojego przybyłeś, czy spuścić mam most zwodzony?

Ale odrzekł mu Gotfryd:

— Nie goszczę pod dachem zbójów nikczemnych, wartowniku zamkowy! Idź do pana twojego i powiedz mu, że Gotfryd Zwycięzca, rycerz Gwiazdy Wigilijnej, stoi przed bramą zamku i czeka na niego! Jeśli odda zagrabione dobra wdowie po króla Zygmunta wasalu i pieszo, bez miecza i z odkrytą głową, tę panią za gwałt i rozbój, a króla za nieposłuszeństwo, przeprosić pójdzie, wówczas odejdzie Gotfryd tam, skąd przyjechał. Jeśli jednak uczynić tego hrabia Albert nie zechce, niech przyjdzie tutaj z Gotfrydem się zmierzyć! Wyzywam jego i wszystkich jego rycerzy!

Zdziwił się bardzo wartownik Gotfryda zuchwalstwem, ale nic mu nie odrzekł, jeno panu swojemu słowa jego powtórzyć poszedł.

A ucztował właśnie hrabia Albert wraz z całą drużyną w wielkiej sali zamkowej. Stanął tedy przed nim strażnik ów i powinność swoją spełnił. Słuchał go w milczeniu hrabia Albert, a twarz jego była purpurowa i sina się stała, jakby mu wszystka krew do głowy uderzyła. Oczy mu jak u byka wściekłego na wierzch wyszły, żyły na czole nabrzmiały, a ręka jego to za miecz, to za gardło chwytała, jakby się obawiał, że go wściekłość udusi.

— Hej! — ryknął wreszcie. — Dajcie mi tu mój miecz i zbroję moją! Zuchwały młodziku, nauczę cię, co to znaczy hrabiego Montclaire’u obrazić!