— A Roksana? — zapytała królewna górska. — Cóż pomyśli o tobie Roksana?

— Roksana... — powtórzył Gotfryd. — Roksana... To prawda. Zapomniałem o niej! Roksana odwróci się ode mnie ze wzgardą jak od nędznego tchórza! Wiwiano! Wiwiano! Nie mogę tego czynić! Wolałbym stokroć umrzeć, niż ją utracić!

— Widzisz więc sam, że mam słuszność, Gotfrydzie. Nie wahaj się dłużej. Weź za ten kwiat pierścień księżniczki i bądź szczęśliwy! Ja sama zerwę go dla ciebie.

I wyciągnęła rękę po kwiat cudowny, ale Gotfryd dłoń jej zatrzymał.

— Nie mógłbym być szczęśliwy, Wiwiano — zawołał — wiedząc, że szczęście moje okupiłem śmiercią! Nie mógłbym nigdy spojrzeć w oczy Roksanie wiedząc, że zdobyłem ją za cenę zbrodni! Wolę, by Roksana pogardzała mną niesłusznie, niżby miała prawo mną pogardzać. Żegnaj, Wiwiano!

— Żegnaj, Gotfrydzie! — rzekła wróżka widząc, że postanowienie Gotfryda jest niezmienne. — Nie zapomnę nigdy, że ocaliłeś mi życie. Weź ten pierścień królewny górskiej, która cię kocha jak brata, i pamiętaj, że masz na zawsze we mnie siostrę i przyjaciółkę.

Wziął tedy z jej rąk Gotfryd złoty pierścień z ametystem, ale kładąc go na palec tak myślał:

Obym cię nigdy nie posiadł! Utraciłem bowiem przez ciebie pierścień stokroć droższy, pierścień, który dać mi miała ukochana pani moja, księżniczka Roksana!

Nie rzekł jadnak głośno ani słowa, gdyż nie chciał ranić daremnymi skargami serca Wiwiany, i podziękowawszy jej za dar w drogę wyruszył.

Gdy straż na wieży zamku króla Zygmunta stojąca ujrzała zbliżającego się do zamku Gotfryda i dała o tym znać królowi i księżniczce, którzy w niepokoju i trwodze na niego oczekiwali, uradował się bardzo król i kazał się zebrać swoim wszystkim wasalom w wielkiej sali tronowej. Po czym, na tronie swym królewskim zasiadłszy, w te odezwał się słowa: