Chłopak nie zdążył jeszcze nic powiedzieć, gdy właśnie nadleciał starszy sztuby, z roztargnieniem rzucił na mnie okiem, ujął chłopca za ramię i bąknął coś w rodzaju:
— Ty... wiesz?... Wtedy się nie spisałeś!... Ale ty... Chcę, żebyś wiedział, że... Nie chciałem wtedy twojej krzywdy!... Sam wiesz, jak tu jest... No i żebyś nie był zły!
Chłopak wysłuchał spokojnie, patrzył z ukrywaną wesołością, potem otworzył blade, szerokie, głupkowate wargi i powiedział tak:
— Nie szkodzi — potem uśmiechnął się.
— Co gadasz? — wtrąciłem oburzony. — Nie szkodzi!! Zgłupiałeś do reszty? Nie rozumiesz? Starszy się prawie żegna z nami, no i poczuwa się... Wie... Nie chciałby...
Słowa porwały mi się pod wpływem upartego patrzenia tych oczu chłopca, z trudem opanowujących wesołość.
— Nie szkodzi — powtórzył spokojnie chłopak.
Starszy sztuby spojrzał na mnie uważnie, z wyrzutem i niechęcią, chłopca klepnął przyjacielsko po boku i szybko się wycofał. Ja również odchodziłem, utraciwszy wszelką chęć do rozmowy z tym głupcem. Tymczasem chłopak dopędził mnie, chwycił za rękaw, przytrzymał, obrócił twarzą ku sobie i wprost w twarz mi wyszeptał:
— Gniewasz się?... Bałeś się, że mu chcę przebaczyć? Nie taki ja głupi, jak się wydałem z tego śmiechu i w ogóle... My z jednego starostwa z tym panem starszym! Ja go z wolności dobrze pamiętam... To ja, wiesz, jeśli tylko wyjdę i doczekamy... wiesz?... To ja swoich chłopaków namówię, dobrych kolegów mam... Tak go oporządzimy za to, jaki tu dla nas był, wiesz, jak się patrzy!... Potrafię kopać jak on i napatrzyłem się, jak to oni tu lubią: w nerkę!... Rozumiesz?...
*