Powracam jeszcze do spania, gdyż w nocy tają się różne udręki. To nie dotyczy już tylko okresu kwarantanny i w Oświęcimiu nie jest z nim związane, tylko zależy od stopnia przepełnienia obozu. Otóż przez rok bez mała, który tam wysiedziałem, zdaje się, w ciągu pięciu miesięcy tylko posiadałem swój siennik do własnego rozporządzenia. Jest to rzecz bardzo zasadnicza, bo w warunkach życia obozowego, wielkiego napięcia i niszczenia nerwów, samotność na wąskim choćby terenie posłania jest kardynalnym warunkiem wypoczynku. Kiedy zaś nawiozą dużo więźniów i następuje przepełnienie w sztubach (ponad 200 do 250 osób w sztubie), wtedy sypiamy na sienniku we dwójkę. Dla ludzi bardzo nerwowych przez to samo sen bywa przekreślony lub też ucięty do kilku zaledwie godzin w ciągu nocy. Nie zaliczałem się bynajmniej przedtem do osobników szczególnie nerwowych, ale sam doświadczyłem ciężko tej udręki. Bo partner np. kręci się, nie może się ułożyć; albo znów inny chrapie tak przez sen, że niepodobna usnąć; inny znów ma szczególny sen: wybucha wciąż gadaniem, zrywa się, nagle siada. No i ściąga też koce, którymi się wspólnie na tym sienniku przykrywamy.

Jeszcze gorzej się robi wraz z chłodami, zimną jesienią, pluchą. Wszyscy niemal w pierwszym dniu chłodu przeziębiamy się. Bo aż do mrozów prawie jesteśmy boso i w drelichach, a nawet później, gdy zezwalano na dosyłanie ciepłych rzeczy, na zachowanie własnego obuwia, mało kto miał możność zabezpieczyć się od zaziębienia, przemarznięcia i chorób. Otóż powszechną, nagminną chorobą były rozstroje pęcherza i żołądka. Niezależnie od choroby wielka ilość płynów w pożywieniu i częste dawanie ziółek o własności moczopędnej na kolacje, powodują niezwykłe ożywienie pracy pęcherza. Nocny ruch z sienników, między siennikami, do ubikacji — to były istne pielgrzymki, trwające właściwie przez całą noc. Jeśli twój partner potrzebował wstawać w nocy, budziłeś się. Nawet nie mogłeś kląć, bo cóż miał biedak począć? Zresztą gorzej było, jeśli który nie wstawał, a miał pęcherz tak zaziębiony czy chory, że nie kontrolował już oddawania moczu, potrafił, nie budząc się nawet, jak małe dziecko, zalewać wspólny siennik. Na tym tle w każdej sztubie bywały najostrzejsze wymyślania, kłótnie, bójki, bo nie zawsze przecie poszkodowany partner rozumiał, że taka przykrość jest wynikiem choroby. Ja to rozumiałem, ale gdy mi się zdarzyło kilkanaście razy doświadczyć tego osobiście, przyznaję, że zaciskałem zęby z nierozumnej wściekłości, odczuwanej mimo wszystko do tego biednego człowieka. A sen już w każdym bądź razie był stracony, bo trzeba było jakoś manipulować nieszczęsnym siennikiem, obracać go itp. A poza tym człowiek przewidywał już poranne następstwa tego faktu, gdy podczas sprzątania sienników wpadnie na to kontrola; trzeba było przemyśliwać sposoby zabezpieczania siebie i nieszczęśliwca od bicia i kary za mokry siennik... Ktoś na wolności, nieznający obozu może sobie myśleć, że to są przecie drobnostki. Ale my tam, w obozie, wiemy, że wraz z nastaniem chłodów, gdy jeszcze na domiar złego przyjdzie natłok ludzki i wypadnie z kim „dzielić łoże”, te „drobnostki” wyrastają do rozmiarów dotkliwej męczarni... Bo człowiek, zamęczony gorzej od najgorszego pociągowego zwierzęcia, potrzebuje koniecznie, jak każde zwierzę, choć kilku godzin zapomnienia i odpoczynku we śnie.

*

Należy teraz powiedzieć parę słów o naszym rozkładzie dnia w obozie. Wstaje się rozmaicie: latem bardzo wcześnie, o godz. 4:00 już budzą. W zimie — około 6:00. Zaraz po wstaniu trzeba sprzątnąć posłanie, dyżurni sprzątają izbę, reszta idzie się myć, potem ubiera i dostajemy śniadanie. Kawę przynoszą do bloków z kuchni w kotłach. Po śniadaniu (a więc między 5:00 a 7:00, zależnie od pory roku) — zbiórka przed blokiem, wymarsz na plac apelu, apel (trwający zasadniczo pół godziny). Po apelu formowanie kolumn roboczych, wymarsz do pracy (przygrywa nam do tego orkiestra, złożona z więźniów!), która trwa od godz. 7:00–8:00 do 11:00–12:00. Powrót na obiad, przed obiadem apel (pół godz.) znów praca od 13:00 do 17:00–18:00; w zimie praca trwa około 8–9 godzin, w lecie 9–10 godz. dziennie. Powrót do obozu, apel (pół godz.), kolacja i spanie. W lecie musimy iść spać o godzinie 20:30, w zimie wcześniej — o 19:45.

IV

Schorzenia internowanych są bardzo różne. W związku z ogromną ilością wszy powstają choroby skórne, jak np. wszawica. Bardzo rozpowszechniona i bardzo udzielająca się jest świerzba, wrzody, ropnie, wywiązują się flegmony na tle osłabienia organizmu i zanieczyszczenia nawet małych ran. Niesłychanie rozpowszechniona jest biegunka i to biegunka krwawa, a zwłaszcza latem: powoduje ją zła woda do picia i wyjadanie brudnych obierzyn od kartofli. Częsty też jest szczególny rodzaj biegunki na tle nerwowym: sprawia to, że żołądek nie potrafi utrzymać pokarmu ponad kilka minut. Nagminnie też szerzą się w obozie choroby wynikające z przeziębienia (skutek wystawania na apelach, mycia się bez koszuli na dworze, lichej odzieży) i wszelkie choroby płucne. Zwłaszcza młodych dziesiątkuje gruźlica. Chorują też i na tyfus plamisty. Prócz wrzodów, wynikających ze złej przemiany materii, rozpowszechnione są liczne owrzodzenia na skutek ran od bicia, wrzody na głowie, pozbawionej często nakrycia, no i bardzo też liczne bywają w zimie odmrożenia. Ponieważ w Oświęcimiu, jak w ogóle w obozie, jest lekarz, sanitariusze, izba chorych, szpital — mogą też powstawać na tym tle złudzenia (oczywiście tylko poza granicami obozu!). Otóż trzeba to z naciskiem podkreślić, że żadna opieka lekarska tu nie istnieje. Wszystko jest tylko nikczemną komedią, urągającą ludzkiemu cierpieniu. Prawdopodobnie w pojęciu medycyny nieobozowej cały obóz potrzebował leczenia. Tymczasem pojemność wszystkich budynków szpitalnych była obliczona na liczbę maksimum do 3000 osób. Jeżeli więc porównać do ogólnej liczby w listopadzie-grudniu 1940 roku, stanowiło to zaledwie około 30% całego stanu liczebnego więźniów.

Przede wszystkim bardzo trudno jest dostać się do lekarza, bo wszelkie „władze” blokowe i szpitalne stoją z reguły temu na przeszkodzie. Wolno też udać się do lekarza dopiero wtedy, gdy się ma ponad 38 stopni gorączki. Nie stosują żadnych lekarstw, prócz aspiryny i środków opatrunkowych (bandaże papierowe). Opatrunki robią sanitariusze, mianowani spośród więźniów; ulegają oni łatwo demoralizacji, lekceważąc chorych i rannych, wysługując się Niemcom i drżąc o swoje żebracze przywileje. Opatrują więc — we trzech lub czterech — w ciągu 1–2 godzin niekiedy do 500 więźniów, traktując ich przy tym jak bydło. Oczywiście lekarz i jego pomocnicy — to już Polacy! — również maltretują więźniów. Trudno jest dostać się do izby chorych, gdzie zresztą brud i warunki życia analogiczne do ogólnych obozowych, tyle tylko, że nie zmuszają do ćwiczeń i pracy, nie zrywają do apelu. Ale jeśli chory, któremu nie uda się trafić do izby chorych, uzyska jednak zwolnienie od pracy (najłatwiejsze do uzyskania jest „Bettruhe”, pozwolenie leżenia w łóżku, na sienniku) — to wstawanie na apel obowiązuje go w dalszym ciągu, niezależnie od stanu zdrowia i pogody. — Najtrudniej jest trafić do szpitala, zajmującego cały blok, gdzie dopiero jest czysto.

V

Zdaje się, powszechną jest skarga wypuszczonych z obozu na głód, jakiego tam doświadczali. W ogóle na jedzenie. Można to tak ująć ogólnie, że młodzi bardzo głodują, a starsi — prawie wcale. Tam bardzo jaskrawo występuje, jak przy schyłku życia organizm ludzki potrzebuje już mało godzin snu i mało pożywienia. My zaś, młodzi, straszliwie głodujemy, umieramy tam z wyczerpania na skutek stałego niedojadania, no i potrzebujemy swoich siedmiu godzin snu. Jedzenie dostajemy w obozie 3 razy. Rano (zależnie od pory wstania, latem wcześniej, zimą później — o 5:00 lub 6:00) czarną zbożową kawę, czasem podsłodzoną i do tego wolno sobie zjeść część chleba, który wydają nam na cały dzień (300 gramów na osobę); do obiadu, który jest w południe, zasadniczo chleba jeść nie wolno, a zresztą każdy musi zostawić sobie chleb do kolacji. Na obiad bywa zawsze zupa, lepsza lub gorsza. Taka więzienna, ale podobno nie gorsza np. od zupy z Pawiaka. Są tam różne jarzyny. Czasem brukiew, kapusta, fasola, zawsze kartofle, ale nie gęsto, po parę kartofli na więźnia. Czasem kasza. Okresami zupy te bywają lepsze, trochę tłustsze, lepiej okraszone. Ale zdarzają się długie okresy, w których zupy są tak „chude” i jałowe, że menażka daje się opłukać do czysta zimną wodą. Na kolację około godz. 7:00 do chleba otrzymujemy kawę, czasem znów zupę, bywają zaś takie tygodnie, że wydają nam raz — dwa razy w tygodniu po kostce margaryny lub po parę plasterków kiełbasy do chleba. Powiedziałem już, iż ilość płynów w pożywieniu jest duża. Istotnie rano i wieczorem po ¾ litra kawy, herbaty ziołowej, zupy lub kawy wieczornej; na obiad 1 litr zupy; daje to więc dwa i pół litra dziennie, a niekiedy można jeszcze otrzymać dolewkę. Żywienie więźniów okresowo polepsza się i pogarsza, w czasie mego pobytu było też kilka takich zmian. Czasami pogarszało się o tyle, że więźniowie wyjadali z pomyj obierki. Na wiosnę 1941 roku zwiększono nam dzienną rację chleba do 500 gramów na osobę — i do śniadania zaczęli wydawać — podobnie jak do kolacji — po trochę marmelady, margaryny lub tym podobnych. Uwzględniając jednak wszelkie polepszenia, trzeba stwierdzić, że żywienie to jest niewystarczające, wskutek braku tłuszczów pozbawione własności odżywczych, powoduje wyczerpanie, złośliwą anemię, szkorbut.

Mówiąc o jedzeniu, można jeszcze dodać, że czasem zaczynają nam dużo dawać kartofli w zupie lub dużo brukwi, kapusty; zachodzi to wtedy, gdy się na składzie jakiś produkt żywnościowy psuje, gdy jest go jeszcze dużo i trzeba go prędzej skończyć. Kartofle w zupie bywają zasadniczo bez łupin, ale zdarzało się też, że otrzymywaliśmy je w łupinach. To już nie wiem, od czego zależy. Może czasem tych kartoflanych skrobaczy popędzą do innej pracy, nie zdążą oskrobać dostatecznej ilości kartofli i resztę kucharz wrzuci do kotła w łupinach. Czy ma się tym przejmować? Zresztą łupiny, obierki kartoflane nie są tam u nas bynajmniej w pogardzie: z głodu, jak już wspomniałem, młodzież często wyjada obierki i podobne odpadki od obiadów na surowo, nadto wybierając je ze śmietnika. To chyba jest już dostatecznym świadectwem, jak strasznie głodują tam nasi młodzi chłopcy.