— Wiosna! — powtórzyło echo od pagórka. — Wiosna! — rozlegało się w lasach bezlistnych. — Wiosna! — mknęło przez pola daleko, bez końca.
Słońce błysnęło cieplej, śnieg pociemniał, ścieniał, ptaki zaświergotały:
— Wiosna! Wiosna! Wiosna!
Wysoko od południa leci pierwszy bocian, drugi tuż za nim; na szerokich skrzydłach niosą dwoje dzieci. Zatrzymały się na szerokiej łące, dzieci witają ziemię pocałunkiem, a potem śpieszą do białego starca. Mgła zasłoniła wszystko. Czy wraz z nią wiatr uniósł sędziwego władcę, który siedział na pagórku?
Śladu po nim nie pozostało.
— Bardzo dobrze, bardzo dobrze! — szczebiotały wróble. Wszystko to bardzo pięknie, lecz zupełnie nie podług kalendarza, który wszystko przekręca.
Motylek
Motyl chciał wybrać sobie piękną żonę, więc naturalnie zwrócił się do kwiatów.
W ogrodzie było ich pełno. Spojrzał ciekawym wzrokiem i zauważył zaraz, iż każdy stoi na swojej łodyżce skromnie i prosto, jak młoda panienka. Wszystkie zresztą były ładne i podobały mu się, więc wybór był trudny. Co tu robić?
Nie lubił się zastanawiać i rozważać długo. To takie nudne rzeczy! Uciekał zawsze od wszystkiego, co było podobne do pracy i teraz postanowił się wyręczyć.