— Pewnieś za dużo wypił mocnej wody! — rzekł stary. — Bądź ostrożnym, Czeklesie! nie opowiadaj nikomu o takich snach, bo mogliby podsłuchać cię ludzie, którym by się one wcale nie podobały. Zresztą jest też o czym śnić młodemu chłopcu! Tobie śnić o ładnych dziewczętach!

— I cóż, kiedy mnie się zawsze więcej śni o wojnie! — odpowiedział Czekles. — O! żebym mógł zostać żołnierzem! żebym mógł zaprezentować broń przed cesarzem Franciszkiem, naszym starym cesarzem Franciszkiem! Toć zdjął przede mną kapelusz, kiedym ja odkrył głowę; zdjął wyłącznie przede mną, bo nikt inny właśnie tamtędy nie przechodził: mnie więc jednemu ukłonił się. Zresztą sen mój, co prawda, był sobie wcale zabawny! Kościół ś. Szczepana ze swoim śpiczastym kapeluszem, był głównodowodzącym; miał on szerokie plecy i siłę ogromną; kolumna ś. Trójcy am Graben była jego buławą marszałkowską. Statua Cesarza Józefa na miedzianym swym koniu pędziła przez Kohlmarkt i ulicę Karyncką, zwołując wszystkie obrazy ze znaków sklepowych31, które też posłuszne podążyły za nią. Marmurowy rycerz z Volksgarten32 stanął na czele posągów z marmuru sprzed kościoła księży Kapucynów, które weszły na wały i na dach zamku cesarskiego, skąd przypatrywały się coraz bliżej nadciągającym przedmieściom. Dwie nawet wsie sąsiednie przyłączyły się, a była ciżba, daleko gorsza niż w Praterze w jaką publiczną uroczystość.

— Co też w takim jednym mózgu wszystko się nie zmieści! — zawołał stary. — Strzeż się pijaństwa, Czeklesie! Para z gorących trunków otacza nas kołem czarodziejskim, które z początku nieźle wygląda; ale jak tylko wypijemy kilka kieliszków, to się koło coraz mocniej ścieśni i oprzędzie nas, jakby siecią pajęczą i to już nam tylko pokazuje ze świata, co sami sobie wbijamy do głowy, w końcu zaś tak nas ze wszystkich stron opanuje, że już i członkami własnymi władać nie możemy: śpiemy więc, a wówczas para się rozchodzi, — lecz członki po przebudzeniu się naszym czują, że były związane, a rozum czuje że spał podczas uczty, tak iż nie jest w stanie zdać dostateczną sprawę z tego, co się stało podczas takiego spoczynku.

W czasie tej rozmowy żywo tymczasem szli naprzód; dopiero gdy doszli do ulicy Siennej, skąd widać już było zamek, graniczący z rogatką przedmieścia, zwolnili obadwaj kroku.

— Chciałbyś zostać żołnierzem, Czeklesie? — zapytał stary.

— Tak jest, tutaj w Wiedniu, przed zamkiem cesarkim chciałbym stać na warcie!

— Byłoby to życiem bardzo przykrym, mój Czeklesie! Zatęskniłbyś wnet za swobodą. W naszych nogach siedzi niepokój, tak samo jak pociąg do złodziejstwa w myszce pod dużym palcem naszej dłoni. A gdybyś później uciekł, toby cię powiesili bez pardonu!

— No i cóż! — wykrzyknął młodszy — czy mnie robaki stoczą, czy posieką kruki, to zupełnie jest dla mnie wszystko jedno. Zresztą, dla czegóż zaraz myśleć o najgorszym?

— Czy cię kruki posieką! — odpowiedział stary. — A wiesz ty, że to myśl wcale niegłupia! Wspaniałato musi być w kruczym żołądku trumna, — zawsze w podróży, tak jak nasi ludzie za życia! Nawet od młodego można się czegoś nauczyć! Przypomnę sobie twoje wyrazy, gdy powrócę do lasów węgierskich i usłyszę tam znowu śpiewy ptasie. Może też słyszałem już kiedyś kruka, w którego żołądku są oczy tego, com go najbardziej kochał. Wierzaj mi, Czeklesie! ognistszych oczów nad te, które miał syn mój Bela, póki życia mojego nie widziałem. Wszakżeś widział jego syna? Otóż Władysław wykapanym jest portretem swego ojca, tylko że krew jego dumniejsza i czarniejsza. Bela był lepszy od niego, choć go powiesili; przeciwnie na syna wołają: urra! kiedy pędzi na koniu i w sercu swoim nimi gardzi!

— Przecież i on porzucił swoje pokolenie! — rzekł młodszy.