— Oni są tam, a my tutaj! — odpowiedziała dziewczyna. Drzwi otworzyły się, a stara, porządnie ubrana kobieta, ze srebrnym lichtarzem w ręku, przywitała ich.

— Idź do diabła! — krzyknęła Naomi i zmieszana zbiegła ze schodów. Po świetle poznała, że ją ścigają, szybko więc wypadła na ulicę, lecz tu nie było nikogo. — Władysławie! — wybąknęła i przygryzła sobie wargi do krwi.

W pół godziny później była już znowu w swym mieszkaniu w Praterze. Władysław jeszcze nie wrócił; w ubraniu rzuciła się na łóżko, ale żadna łza nie pociekła z jej oka, żadne westchnienie z ust jej nie wydobyło się. W tym słychać było kroki; — przyszedł Władysław.

W milczeniu spoglądali na siebie.

— Pewnieś się doskonale ubawiła? — zapytał głosem złośliwym. Ona milczała i patrzyła na niego okiem dumnym i pełnym żalu; on szyderczo uśmiechnął się.

Wargi jej poruszyły się, jakby do mówienia — ale milczała.

— Czy widziałaś — rzekł — jak moja klacz, kiedy nie jest przywiązana w stajni, ze rżeniem biega za mną, ile razy koło niej przechodzę. Ona to robi z czystej miłości i za to pieszcząc klepię ją po karku. Ty także idziesz za mną, ale ty dla całkiem innych powodów, — więc miałbym prawie ochotę i ciebie tak poklepać, jakeś na to zasłużyła! — i porwał za szpicrózgę, leżącą na stole, machnął nią w powietrzu w tym kierunku, w którym siedziała Naomi, tak że koniec szpicrózgi dotknął się jej szyi.

To było ukąszeniem taranteli! — Z lodowatym wejrzeniem popatrzyła na niego przez chwilę: — Władysławie! — wykrzyknęła i wybiegła z pokoju.

Józefina spała.

Na ulicy wszystko było głucho i ciemno, daleko tylko dochodził jej uszu turkot ciężkiego pojazdu jadącego od Prateru. Niebo było zasiane gwiazdami. Wielka niedźwiedzica wskazywała na północ. Czy Naomi myślała teraz o domu, czy też myśli jej bawiły w budzie drewnianej przy synu pariów, przy dumnym Władysławie? Ani jedna łza nie pokazała się w jej oczach, ani jedno westchnienie z ust jej nie wyszło: — tak zamyślona i z wejrzeniem w gwiazdy wlepionym poszła kilka kroków naprzód. Tak samo Aryadna patrzyła w nurty morza, gdy przekonała się, że Tezeusz ją porzucił. Ten sam uśmiech był na twarzy Medei, gdy Jazona witała u Kreüzy.